1923.10.14 Pogoń Lwów - Wisła Kraków 3:0

Z Historia Wisły

1923.10.14, Finał Mistrzostw Polski, Lwów, boisko Pogoni,
Pogoń Lwów 3:0 (1:0) Wisła Kraków
widzów:
sędzia: Aleksander Rząsa z Krakowa
Bramki
Wacław Kuchar 39'
Józef Garbień 63'
Wacław Kuchar 64'
1:0
2:0
3:0
Pogoń Lwów
2-3-5
Mieczysław Kuchar
Władysław Olearczyk
Tadeusz Ignarowicz
Ludwik Schneider
Bronisław Fichtel
Edward Gulicz
Ludwik Szabakiewicz
Józef Garbień
Wacław Kuchar
Mieczysław Batsch
Józef Słonecki

trener: Karl Fischer
Wisła Kraków
2-3-5
Mieczysław Wiśniewski
Kazimierz Kaczor
Marian Markiewicz
Stefan Wójcik
Stefan Śliwa
Marian Majcherczyk
Józef Adamek
Władysław Krupa
Henryk Reyman
Władysław Kowalski
Mieczysław Balcer

trener: brak
Rogi: 8:4

O Wiśle Kraków czytaj także w oficjalnym serwisie Przeglądu Sportowego - Sports.pl

Spis treści

Relacje prasowe

Tygodnik Sportowy

ROK III. KRAKÓW, DNIA 16 PAŹDZIERNIKA 1923 ROKU. NR. 38.

Mistrzostwo Polski. Lwów. 14/X. Pogoń — Wisła 3 : 0 (1: 0). Finał mistrzostwa Polski. Z naprężeniem oczekiwane rozstrzygające spotkanie mistrzów wschodniej i zachodniej Polski rozegrały obie powyższe drużyny na boisku Pogoni przy świetnej pogodzie i przed tłumnie zebraną publicznością. Szanse były po stronie Pogoni, gdyż prócz własnego boiska i publiczności przemawiała za zwycięstwem Pogoniaczy świetna forma mistrza, wytrwałość lwowskiej jedenastki, hart woli, ambicja i ofiarność, okazywana nawet w spotkaniach przyjacielskich. Wisła w ostatnich czasach nieco słabsza, miała Pogoni ułatwić zdobycie zaszczytnego tytułu. W każdym razie zapowiadały się zawody nader ciekawie zwłaszcza, że obie drużyny świadome były celu, a stoją pod względem technicznym i taktycznym prawieże na tymsamym poziomie. W tem miejscu uważam za stosowne wspomnieć o pracy p. Fischera, trenera Pogoni. Że Fichtel wypełnił wreszcie lukę i zagoił tem najboleśniejsze miejsce w składzie Pogoni, że pomoc i obrona stanowią dziś zharmonizowaną całość, że wreszcie cala drużyna przyswoiła sobie pewien styl (choć narazie daleki od doskonałości), to zdaje się niemała zasługa p. Fischera. Nie wiem, czy ma on jedynie szczęśliwą rękę, czy też istotnie tak wybitne uzdolnienie. Niedzielna gra stała na średnim poziomie z punktu widzenia techniki i taktyki, ale co do tempa, fair gry i emocjonujących momentów, niczego obu drużynom zarzucić nie można. Napięcie panowało do ostatnich chwil, a serce do gry miał każdy Pogończyk. Wiślacy grali mniej szczęśliwie i zdaje się mniej ofiarnie zwłaszcza po utracie 3 bramki. Całość Pogoni bez zarzutu. Żaden z graczy nie zdradzał rażących braków technicznych i taktycznych. Pomoc wspierała skutecznie atak; Bacz był duszą napadu, a jedynie skrzydła, zwłaszcza Szabakiewicz, były słabsze, niż zwykle. Obrona dobra. Wisła miała szalonego pecha w strzałach, atak, pracujący sprawnie pod flegmatycznym i niezawodnym Reymanem, grał skrzydłami, z których szczególnie niebezpiecznym był Adamek. Pomoc Wisły nie dopisała. Między nią, a napadem, była zbyt daleka przestrzeń. Obrona pewna, ale Wiśniewski może aż nazbyt pewny siebie, zlekceważył sobie strzały przeciwnika i zdaje się, że z jego winy utracili Wiślacy, aż 3 br. Niektóre jego jednak momenty były istotnie przepiękne i odrazu pokazywały „internacjonała”. ,

Przebieg gry : Zaczynają Wiślacy, lecz wykop Olearczyka przenosi grę na ich pole karne. 2 niewyzyskane rogi wieńczą usiłowania gospodarzy. Zdenerwowanie obu drużyn przejawia się w nieswobodnych i niepewnych pociągnięciach. Do 39 gra otwarta, ożywiona wypadami obu ataków, lecz napad Pogoni, z wybornym Baczem, pracuje lepiej. Kaczor i Śliwa pilnują trójki Pog. W 39 podprowadza Szabakiewicz, centruje, a Wacek, choć obrócony do swej bramki, swym zawijanym strzałem z powietrza zdobywa 1-szą bramkę. Robinsonada Wiśniewskiego zawczesna. Publiczność odetchnęła swobodnie. Nerwowość znika i rozpoczyna się gra miarowa, celowa, Wiślacy mają głos. Mietek pracuje niezawodnie. Nie odstraszają go nawet bomby Reymana. W 62 wyrywa się nadwerężony nasz „tank” Garbień, mija pewnie 4-rech Wiślaków i z 8 m. zdobywa, ku przerażeniu Wiśniewskiego 2-gą bramkę. W 2 później nadbiegający Wacek świetnie realizuje centrę Słoneckiego i ustala wynik 3 : 0 dla Pogoni, tak ciążący na Wiśle, że choć mają przewagę ku końcowi, nie mogą nawet honorowej zdobyć bramki. Sędzia p. Rząsa, witany oklaskami, nie zawiódł pokładanych w nim nadzieji. Uważamy go we Lwowie za najlepszego sędziego w Polsce. ds.


„Przegląd Sportowy” z 1923.10.17

http://buwcd.buw.uw.edu.pl/e_zbiory/ckcp/p_sportowy/1923/numer042/imagepages/image14.htm

14 października. Pogoń-Wisła 3:0 (1:0). Rogów 8:4.
Tym razem określenie „zasłużone zwycięstwo" Pogoni, najlepiej może charakteryzuje te ważne zawody. Zwycięzcy dołożyli wszelkich dodatnich starań — osiągnęli piękny rezultat. głównie grą szybszą, wymagającą większego nakładu pracy, lecz rokującą zawsze lepszy rezultat. A była też drużyna do tej walki dobrze usposobiona, a przedewszystkiem przygotowana i wybitnie odczuwająca odpowiedzialność, jakiej zadość uczynić powinna w tak ważnem spotkaniu. To też uzasadnioną i zrozumiałą dla wszystkich była ambicja, z jaką zawodnicy Pogoni przez cały czas gry, na zwycięstwo pracowali. Wykazała też zwycięska drużyna doskonałą formę, dzięki której wytrzymała szybkie tempo gry, przez siebie narzucone, w zupełności. Ułatwioną pracę miał napad, względnie środkowa trójka przez polepszenie formy u p. Garbienia, który tym razem wykazał już swoje dawniejsze zalety, wprawdzie jeszcze nie w zupełności, lecz wystarczająco, aby przyczynić się do zwycięstwa przez możność dodatniej współpracy z pp. Kucharem i Baczem, tymbardziej, że sąsiad na jego lewem skrzydle p. Szabakiewicz, był prawie zawsze przez swego przeciwnika dobrze i łatwo „trzymany” W pomocy Pogoni najintenzywniej pracował Fichtel. Bezpośrednie swe zadanie, „trzymanie" Reymana, wypełniał należycie, a może błądził w podawaniu piłki, która najczęściej trafiała przeciwnika. Radził sobie jednak i z tym mankamentem, przez podprowadzenie jej do linji ataku. Bardzo pewnie tym razem grał p. Olearczyk w obronie, podobnie jak i M. Kuchar w bramce.

Gra Wisły nie osiągnęła na tych zawodach tego stopnia, jaki wykazała na jubileuszowych zawodach Czarnych. Pewien spadek formy był widocznym. Możliwem, że objaw ten spowodowały ciężkie ostatnie jej walki z Wartą i ŁKS. i „mistrzostwa wojskowe". Odniosłem też wrażenie, że dawny system gry Wisły, oparty na wszystkich, zmienił się na mniej korzystną zasadę wyzyskiwania wybitniejszych jednostek, głównie p. Reymana, któremu ustawicznie podawano piłkę, nie dając chwili wypoczynku do zebrania sił na wykonanie przeboju, lub oddanie skutecznego strzału. Był to błąd, tem może znaczniejszy, że reszta napadu Wisły, grała jakoś „jałowo", a co dziwniejsze niedokładnie podawała. Jedynie p. Kowalski na lewym łączniku wykazał większą ochotę i skuteczniejszą współpracę. W pomocy pp. Siwa i Majcherczyk pracowali bez zarzutu, mniej jednak zadowolił p. Wójcik ofenzywnie, choć jak wspomniałem, dobrze „trzymał" lewe skrzydło Pogoni. Znacznie skuteczniej grał p. Kaczor, aniżeli jego towarzysz p. Markiewicz. Unieszkodliwił znaczną ilość niebezpiecznych ataków, wynagradzając w ten sposób małe zalety w grze kombinacyjnej. P. Wiśniewski nie mógł obronić drugiego i trzeciego strzału w ogólności wykazał wysoką klasę.

W odmiennych nastrojach weszły na boisko obie drużyny. Pogoń, po stosunkowo lekkich zawodach z Wilnem, Warszawą i Lublinem, wykazała większy zasób energji psychicznej i mniejsze wyczerpanie fizyczne, oba wysokocenne walory, zapewniające lepszy sukces. Przytem swoje boisko i publiczność, składały się na całość, podniecającą ambicję zawodników.
Odmienne wrażenie uczyniła Wisła. Wiszące do ostatniej chwili „na włosku" mistrzostwo zachodu, wywalczone wreszcie ze znacznie silniejszemi drużynami, jak na wschodzie, „oranie" Reymanem i Markiewiczem w mistrzostwach wojskowych, wywołać musiały w drużynie odmienne skutki, a więc najważniejsze po fizycznem, psychiczne wyczerpanie i brak wiary w swą wartość. Wysoka stawka w postaci możności utraty dwu prawie, że decydujących punktów, temsamem niepewność osiągnięcia wprawdzie tylko urzędowego, lecz mimoto wielce zaszczytnego tytułu mistrza Polski, niedozwoliły Wiśle na wydobycie takiej gry, jaką pokazała jeszcze w ostatnich dniach czerwca we Lwowie.

Bo pomimo, że krakowianie mieli sposobność do wyrównania, nawet prowadzenia gry, bałaby Pogoń, z powodów wyż wymienionych zwyciężyła. Takie odniosłem wrażenie i takie przekonanie wyrobił we mnie przebieg całej gry. A jeżeli uwzględnimy i ten stan faktyczny, że najmniejszy przypadek, lub inne uboczne, a często decydujące niemal w końcowy wynik względy, nie zaistniały ani w jednym wypadku, oraz, że bardzo krótki czas jaki dzieli najbliższą rozgrywkę obu drużyn w Krakowie, nie wpłynie już na wyrównanie się tych, jak wspomniałem wysokocennych walorów, któremi celuje obecnie Pogoń, a brak ich Wiśle, to mimo, że gra odbędzie się na krakowskim boisku, drużyna lwowska, najprawdopodobniej wywalczy ponowne zwycięstwo.

Gra omawiana, stwierdzam to z pełnem zadowoleniem, nie przypominała tych typowych, najczęściej bezwartościowych, a nierzadko wstrętnych walk o „dwa punkty". Cechowała ją przyzwoitość i rycerskość przez cały czas. Walczono umiejętnością gry, nieposuwając, zrozumiałego zresztą zapału, za daleko. Może cokolwiek Pogoń wyłamywała się chwilami swą krewkością z ram dozwolonych, powodując kilka niebezpiecznych rzutów wolnych, lecz w całości dała grę zupełnie fair. Wisła, szczególniej w napadzie grała za miękko, a tylko może środkowy i prawy pomocnik niezapominali, że przecież rozchodzi się o dwa punkty, a nie jedynie o zadowolenie barw klubowych.

„Strach ma wielkie oczy" było widoczną dewizą obu drużyn. A echa, jakie przyniosła prasa krakowska, o lubującym się w rzutach karnych p. Rząsie i odporność jego na protesty zawodników i publiczności, zrobiły swoje. Zobaczyliśmy grę ładną, interesującą widza przez cały czas, bogatą w piękne momenty kombinacyjne i techniczne. Szkoda tylko, że napad Wisły, dobrej zresztą grze przyziemnej w polu, niepodrażniał widza równą skutecznością swej pracy pod bramką lwowską w tym stopniu, jak napad Pogoni. To była może jedyna ciemna strona dla smakoszów meczowych. Sprzyjała pogoda jakby „zamówiona", a nieznaczny wiatr w pierwszej połowie i nierówne miejscami boisko, nie wpłynęło jednak na grę wybitniej.

Przez pierwsze dziesięć minut znaczna przewaga Pogoni, kilka bardzo ładnych ataków pierwszoklasowej wartości, udaremnia bardzo dobrze Kaczor. Napad Pogoni narzuca bardzo szybkie tempo, środkowa trójka przypomina swe najlepsze czasy. Garbień wykazuje polepszenie formy. W. Kuchar pełną swą sprawność fizyczną. Bacz doskonałą technikę. Srzydła słabe. Wisła przygnieciona, tylko sporadycznie wypada, gra nerwami. Dopiero od 10—30’ gra się wyrównuje. Pomoc Wisły łączy się do wspólnej pracy z atakiem, posługując się grą przyziemną, uchylając nią grożące niebezpieczeństwo. Gra w tym okresie prowadzona przeważnie „w polu”. Dopiero od 30 minuty tempo z powrotem żywsze. Wzajemne ataki dążą do widocznego rezultatu. Wisła dochodzi pewnie do pola karnego, dalej utyka, lub oddaje niepewne strzały. Pogoń atakuje intenzywniej, prze ku bramce skuteczniej, a w 41' W. Kuchar kończy udaną kombinację pewnym strzałem w bramkę Wisły. Sukces ten dodaje otuchy zawodnikom lwowskim. Wykorzystują depresję przeciwnika w 43' Garbień ładnie strzela, lecz nad poprzeczkę— w 44' Bacz, po rzucie z rogu. wyczynia najpiękniejszą „główkę" jaką tego roku widziałem, lecz tuż koło słupka. W 45’ podciąga Adamek i centruje wzorowo, powstaje zamieszanie i ścisk pod bramką Pogoni, wyrównanie „wisi w powietrzu", lecz drużyna lwowska jakoś szczęśliwie odchyla niebezpieczeństwo. Pauza 1:0.

Podobnie jak Pogoń 10 min. w pierwszej, opanowywuje Wisła z początkiem drugiej połowy sytuację w zupełności, już w 1 min. Kowalski pięknym przebojem, stwarza najpewniejszą sytuację, strzela ostro, lecz tuż koło słupka. Gra przenosi się na połowę Pogoni, Wisła przygniata, uzyskuje w 2 i 4 min rzuty z rogu, lecz bez skutku, w 3 i 7 min. wypady skrzydeł Pogoni unicestwiają skrajni pomocnicy Wisły. Krakowianie pracują „całą parą", ryzykują „spuchnięcie" aby tylko wyrównać, lecz szczęście niedopisuje, a co gorsza występuje już po kwadransie zmęczenie. Jeszcze w 15 min. jeden wysiłek, rzut z rogu — sytuacja dla gości korzystna — jednak znowu bez rezultatu. I znowu gra wyrównuje się chwilowo, poczem Pogoń stale w dobrej fizycznnej formie, dąży do zapewnienia sobie zwycięstwa. Bacz gra coraz piękniej. Kuchar szybko przerzuca piłkę na skrzydła a już w 18 min. wykorzystuje Garbień brak szybkiej decyzji u Kaczora i Wójcika (piłkę wybija się w takiej sytuacji zawsze na róg) strzela pewnie i ostro w bramkę Wisły, która detonuje się w zupełności, traci „głowę", przeciwnie Pogoń potraja wysiłki, wykorzystuje swój większy zasób pewności i już w następnej minucie strzela Kuchar po raz trzeci nieuchronnie. Następują coraz to liczniejsze i niebezpieczniejsze ataki Pogoni. W 20 min. Bacz pięknym strzałem nadwyręża poprzeczkę. Wisła zbiera siły i odpowiada kilkoma atakami. Uzyskuje w 21, 31 i 41 minucie trzy rzuty wolne, lecz bądź chwyta M. Kuchar dobre strzały Reymana, bądź Krupa przestrzeliwuje.

Pogoń ma jeszcze sposobność powiększyć sukces w 29 min., lecz z pewnej pozycji strzela Garbień górą. W ostatniej minucie jeszcze pragnie Wisła zdobyć t. zw. „honorowego goala" lecz i ten wysiłek nie powiódł się.
Ciekawy byłem, jak wywiąże się z zadania, tym razem trudnego p. Rząsa. Lecz spodziewane trudności nie wystąpiły, bo jak zaznaczyłem i zawodnicy i publiczność, przestrzegały zasad gry, więc jak dotąd, tak i nadal zasługuje p. Rząsa na najpochiebniejszą o sobie opinję.

L. Christetbauer

Pierwszy finał przyniósł Wiśle porażkę, na którą zresztą cały Kraków był przygotowany. Stwierdzić bowiem trzeba, że Wisła w sezonie jesiennym zmieniła się do niepoznania. Spadek formy daje się zauważyć we wszystkich jej linjach. Wysiłek, z jakim rzuciła się zdobywać mistrzostwo okręgowe, wydawanie z siebie na każdym meczu całego zasobu energji i ambicji, by się nie potknąć i utrzymać przewagę punktów nad Cracovią, musiały na dalszą metę osłabić psychicznie tę twardą, ambitną drużynę. I właśnie wtedy, kiedy należałoby być w najlepszej kondycji, widzimy u drużyny krakowskiej stan — niewątpliwie przejściowego, ale w danej chwili najmniej pożądanego — osłabienia. Może w najbliższą niedzielę Wisła jeszcze raz skupi wszystkie swe siły i enrgję, by wyjść ze spotkania zwycięsko i doprowadzić do trzeciego finału, któryby się odbył w obcem mieście zapewne w Warszawie.

Ponieważ i mistrz dotychczasowy, który w r. b. nie poniósł w mistrzostwie ani jednej porażki, dąży ze znaną swą ambicją do zdobycia po raz drugi z rzędu tytułu mistrza Polski, oczekiwać należy jednego z najciekawszych spotkań, roku bież. w Krakowie.

Zawodami kierować będzie p. Rząsa na propozycję klubów, co świadczy o wielkiem zaufaniu i uznaniu, jakie ten tak młody jeszcze sędzia zdobył sobie w naszym sporcie piłkarskim.

Sport lwowski

Nr. 73. Lwów, środa 17. października 1923. Rok II.

Pogoń—Wisła 3:0 (1:0).

15/X. Zawody o mistrzostwo Polski na boisku Pogoni. — Skład Wisły: Wiśniewski, — Kaczor, Markiewicz,— Wójcik, Śliwa, Majcherczyk,— Adamek, Krupa, Reyman, Kowalski, Balcer. — Skład Pogoni: M. Kuchar, — Olearczyk, Ignarowicz, — Schneider, Fichtel, Gulicz, — Słonecki, Batsch, Wacek, Garbień, Szabakiewicz. — Sędziuje p. Rząsa z Krakowa.

Ostania wielka atrakcja tegorocznego sezonu piłkarskiego we Lwowie! Ostatnie dla Lwowian kreacje talentów, dojrzałych w kilkumiesięcznych twardych zmaganiach. A dla Pogoni przedostatni szczebel w tryumfalnym pochodzie — od mistrzostw okręgowych do mistrzostwa Polski, w pochodzie, którego syntezą jest 42:3. Jeśli dla lwowskiej piłki nożnej miały być niedzielne zawody rodzajem capstrzyka przed snem zimowym, to chyba każdy, kto widział te zawody, przyzna, że sen ten nastąpi raczej jako kapitulacja przed siłą wyższą klimatu, niż jako pofolgowanie potrzebie. Pogoń w niedzielę nie miała w sobie jesiennego przekwitu, lecz pełny rozkwit, nie zmęczenie sezonem, lecz świeżość i siłę. Warunki te w znacznie mniejszym stopniu posiadała Wisła. Przy całej jej rutynie widziało się jakieś zmęczenie, czy stępienie energji kinetycznej, wyładowywanej w grze. A jeśli do tego doda się podstawową różnicę między systemem gry lwowskim — rozmach i uderzenie — i krakowskim — chłód i precyzja, — łatwo zrozumieć, że na boisku Wisła przy Pogoni — gasła, i to najbardziej w tych chwilach, w których najpotężniej wyzwalał się olśniewający moment życia i ruchu. Takim był obraz gry w pierwszych ośmiu minutach, kiedy napad Pogoni owładnąwszy piłką przypuścił serję ataków o pociągnięciach błyskawicznych i klasycznie czystych w technice wykonania. Wśród takiego zamętu, którego szczegóły uwiecznić mógłby chyba stenograf, Wisła traci głowę, broniąc się rogami i bezładną współpracą swej obrony i pomocy. Ale wnet potem drużyna ta ustala się, porządkuje i przychodzi do głosu. Równocześnie zaś gwałtowny napór Pogoni ulega wyczerpaniu, strzeliwszy i spaliwszy się jak rakieta. Wisła poczyna atakować. Więc ciągnie Reyman i pudłuje. Ciągnie Adamek, i to lepiej, bo w starciu z Olearczykiem uzyskuje rzut z rogu. Ze ścisku pod bramką wyciąga piłkę Fichtel. Z kolei pracować poczynają auty boczne, cały szereg autów, jeden po drugim, jeden z drugiego. Przykre to jest i denerwujące dla publiczności z parterów siedzących, która nie może uciekać przed zwarjowaną piłką, ale gorsza jest dla tempa gry. Usypia ono podczas poszukiwań za piłką wśród mrowia widzów za parkanem — i stygnie. Taki martwy okres trwał dobrych dziesięć minut. Ożywienia nieco wprowadza bliski rzut wolny do Pogoni, strzelony ostro przez Reymana i ku wielkiej uciesze Mietka— przestrzelony. Zresztą gra wolna, otwarta częściej na połowie Wisły. Napad jej rzadko dochodzi na pole karne, raz jeden Mietek wyprzedza Krupę w opanowaniu piłki, podanej dość niebezpiecznie. To znów Balcer urządza wypad solowy i podprowadziwszy blisko robi to, co byłby Syzyf zrobił na jego miejscu: strzela sobie na aut. Aż — było to w 40 minucie, gdy Wacek dalekim, spokojnie, bez fałszu idącym strzałem w lewy dolny róg zdobywa pierwszą bramkę. Nie wiem, dlaczego puścił ją Wiśniewski, robinzonujący według wszelkich prawideł. Jedni mówią, że robinzonada była przedwczesna, inni, że spóźniona. Żaden jednak komentarz nie zmieni faktu, tak żywo i serdecznie oklaskiwanego przez publiczność. Odtąd aż do końca pierwszej połowy Pogoń jest stroną atakującą. Zdobywa jeszcze dwa rogi, z których jeden zepsuł Garbień z doskonałej pozycji, a drugi Batsch głową odbija na aut, pokazując w ten sposób, że nie zawsze udawać się musi to, co się udało z Polonią.

W drugiej połowie Wisła poprawia się. Tuż po rozpoczęciu gry przebija się Kowalski i pudłuje w momencie nader groźnym. Następuje róg do Pogoni, odbity przez Mietka na nowy róg. Chwilami odnosi się wrażenie, że krakowski kandydat na mistrza Polski nie na żarty przycisnął lwowskiego i że z tego musi „coś być“. Ale nic nie było, głównie dlatego, że napad Wisły gra bezproduktywnie, bez zdecydowanego parcia naprzód, — i rzadko strzela. Pogoń powoli wyzwala się z obręczą i Szabakiewicz po raz pierwszy w tym dniu śmiało i stanowczo iść poczyna naprzód. Chwali mu się to tem więcej, że w pierwszej połowie był lękliwy i chętnie bez walki ofiarowywał piłkę przeciwnikowi. Wkrótce potem on również podaje ładnie piłkę Wackowi, któremu wykopuje ją z pod nóg — wybiegłszy — Wiśniewski. Róg do Wisły odbija Garbień na aut. W 18’ przebija się on i wytworzywszy obok lewego słupa bramki swą ulubioną „matową pozycję", strzela drugą bramkę — mimo silnych objekcji skoncentrowanych około niego krakowian. W l-5’ później zdobywa trzecią bramkę Wacek z podania Słoneckiego. Właściwie cały sens gry tu by się zgrupywał: Pogoń miała już dość do bezpiecznego zwycięstwa, a Wisła zbyt wiele do — bodaj wyrównania. W rzeczywistości budzi się nagle szalone tempo, nerwy Pogoni otrzymują z niewiadomej strony ostrogę, a publiczność zaczyna wierzyć, że jej pupil porywa się na pół tuzina. Do tego wprawdzie nie doszło, ale gra wówczas była naprawdę piękna. Tempo bowiem udziela się również Wiśle, ataki zmieniają się jak w niesamowitem kinie, Batsch z połowy boiska trafia w poprzeczkę i omal nie zdobywa nowej bramki, słowem jest tak, jakby ktoś na boisko wypuścił chmurę tlenu. Pod koniec gry burza ta uspakaja się nieco. Napad Wisły przejmuje nawet w ostatnich minutach inicjatywę, ale nieporadnością swą uniemożliwia zdobycie bramki honorowej, co przecież zawsze pokonanemu się należy.

Charakteryzując krótko drużynę krakowską przyznamy, że napad jest jej najsłabszą częścią. Mimo indywidualnych zdolności Reymana i dobrego biegu Adamka, zespół ten jest nieskładny i tam gdzie szło o współpracę, — niezharmonizowany, gdzie o szybką decyzję — niedołężny. W pomocy wybił się Majcherczyk, a przedewszystkiem Śliwa, niezmiernie pracowity, o technice akrobaty. Nadto dobrym był Kaczor, przytomny, o silnym wykopie. Wiśniewski wielokrotnie bronił znakomicie, czasem jednak wywierał takie wrażenie, jakby mu się bronić nie bardzo chciało. W Pogoni prym należy się Batschowi, a po nim Fichtlowi, który grał niezwykle ofiarnie. Ofiarnie również a nadto szczęśliwie grał Wacek. Garbień coraz silniej odbija swą masą tanka od reszty napadu, którego cechą jest lotność. Dlatego często zostaje w tyle, a otrzymawszy piłkę toczy się z nią w dziwnej serpentynie. Nie mniej groźny jest w swych przebojach. Ignarowicz nie zadowolił. Jest on groźnym dostawcą autów, karnych. Mietek stanął zupełnie na wysokości zadania.

Publiczność wreszcie, zwabiona tłumnie piękną pogodą i oczarowana efektowną wysokością wstępów, była spokojna, choć grą przejęta, i grzeczna. Miała przytem to ułatwienie, że ani razu nie musiała irytować się na sędziego. Wierny swej dobrej sławie sędziował on sprężyście, z taktem i z obojętnością bez skazy. A. N. Statystyka zawodów.

Cyfry potwierdzają osiągnięty przez Pogoń wynik. A więc: stosunek rogów 8:4 na korzyść Pogoni, do pauzy 7:1. Strzałów na bramkę oddała Pogoń 17, Wisła 15; Wiśniewski wykopuje 11 razy, M. Kuchar 11 razy. Outów wrzuca Wisła 35, Pogoń 33, Rzutów wolnych bije Wisła 24 (3 za „rękę", 13 za foul, 7 za spalony, 1 za ,,inne“), Pogoń 17 (3 za „rękę“, 13 za foul, 1 za spalony). Reasumując powyższe dane trzeba stwierdzić, że stosunek rzutów rożnych, strzałów i wykopów wykazuje wyższość Pogoni; nadto wpada w oczy bronienie się Wisły offside’ami przed atakami Pogoni.