1924.10.12 Wisła Kraków - Cracovia 4:2

Z Historia Wisły

1924.10.12, A klasa, 8. kolejka, Kraków, Stadion Wisły, 15:00
Wisła Kraków 4:2 (2:2) Cracovia
widzów: 5.000
sędzia: Mandl
Bramki


Edward Strycharz (sam.) 12'
Władysław Kowalski 39'
Mieczysław Balcer 49'
Stanisław Czulak 59'
0:1
0:2
1:2
2:2
3:2
4:2
5' Ludwik Gintel
7' Leon Sperling




Wisła Kraków
2-3-5
Marian Kiliński
Marian Markiewicz
Kazimierz Kaczor
Władysław Krupa
Witold Gieras
Stefan Wójcik
Mieczysław Balcer
Władysław Kowalski
Henryk Reyman
Stanisław Czulak
Józef Adamek

trener: Imre Schlosser
Cracovia
2-3-5
Stefan Popiel
Stefan Fryc
Aleksander Pychowski
Tadeusz Zastawniak
Stanisław Cikowski
Edward Strycharz
Leon Sperling
Józef Ciszewski
Józef Kałuża
Ludwik Gintel
Józef Kubiński

trener: brak

O Wiśle Kraków czytaj także w oficjalnym serwisie Przeglądu Sportowego - przegladsportowy.pl


Spis treści

Relacje prasowe

„Przegląd Sportowy”

Przegląd Sportowy. 1924, nr 41

12. X. Wisła—Cracovia 4:2 (2:2).

Bywają najzacieklejsze walki, połączone z szeregiem ostrych starć, fouli, nieporozumień z sędzią, napomnień, karnych i wykluczeń z gry — a jednak walkom tym nie można odmówić sportowego charakteru, i choć otwarta rzeźnia jako taka wywołuje głośne narzekania na zdziczenie obyczajów i zły wpływ piłki nożnej — to przecież mniej budzi niesmaku niż zdziczenie trybun i fanatyczne zacietrzewienie ludzi pseudopoważnych. Mecz niedzielny, decydujący o mistrzostwie Krakowa, należał do tego gorszego gatunku. Z naelektryzowanej atmosfery przedmeczowej wynosiło się wrażenie, że szlachetne zmaganie młodzieży na boisku, to tylko pozór, poza którym kryje się część istotna — polityka międzyklubowa.

Ktoś o nienasyconej ambicji wznosi na wysiłku fizycznym swych graczy skarbiec wielce szanownych tytułów. Oni są mu tylko środkiem, a nie celem, i gdyby znalazł w innym zakątku materjał silniejszy, zmieniłby barwy, by znów w nowem środowisku pracować dla siebie. Dziwnie wygląda ten koncert fanatyków prostego umysłu pod batutą wytrawnego egoisty, elokwentnego kondotjera obojętnej sprawy dla osobistych zaszczytów. Idea ma przeciwników, ambicja ma wrogów. Z marnego rezultatu gotowi ukuć pocisk, który może naruszyć z takim trudem wzniesiony gmach autorytetu. Już nawet były zamachy... już ktoś z zuchwalszych rżnął weń interpelacją w cyceronowym stylu. Dzisiaj wynik cyfrowy zdecyduje, czy w żart obrócić obawę strącenia z wysokiego piedestału, czy też zawiódłszy się na bojowej sile drużyny, trzeba będzie sukcesów szukać na krętych i zdradliwych drogach dyplomacji sportowej. Wielkie myśli wysoko zwykle promieniują, to też najwyższe co do miejsc sfery z trybuny lewej i środkowej zrozumieć zdołały, że tu chodzi o zwycięstwo za wszelką cenę i, zabiwszy w sobie ducha sportowego a nawet część ludzkich uczuć, zachowywały się gorzej niż na dotychczasowych zawodach tych drużyn.

Na takiem moralnie wątpliwem tle rozegrano zawody, zakończone klęską Cracovii. Pierwsze 15 minut gry prowadzonej przy zdecydowanej przewadze białoczerwonych, dwie bezapelacyjne bramki, strzelone przez Gintla i Szperlinga w 5 i 8 min., wróżyły jaknajgorzej dla gwiaździstej drużyny. Nie brano jednak pod uwagę dwu czynników: sędziego i nerwów Cracovii. Oba te czynniki przedstawiły się znacznie gorzej, niż mógł je sobie najskrajniejszy pesymista wyobrażać. W 10 minucie „cercie” pod bramką Cracovii z licznym udziałem nieproszonych gości z przeciwnego obozu. Sytuację wyjaśnia Strycharz, pewnie ładując do własnej bramki piłkę, której pierwotnym zamiarem było wyjść na aut. Moment ten zdetonował Cracovię i zahamował świetnie rozwijającą się grę jej napadu. Kilka minut trwa jeszcze przewaga białoczerwonych, poczem wytwarza się gra otwarta i ta dopiero prezentuje p. Mandla ze strony nieznajomości przepisów o spalonym. Próżno boczny sędzia daje rozpaczliwe znaki chorągiewką. P. Mandl trzymając się prawdopodobnie starej zasady, że boczny sędzia jest tylko do przynoszenia piłek z autu, ani mrugnął okiem na sygnały o dwukrotnym offsidzie Adamka. Dwa razy rozpaczliwym wysiłkiem ratuje sytuację Fryc, za trzecim razem nie było ratunku, i wśród okrzyków oburzenia kilkutysięcznej publiczności, pada w 40 minucie bramka, zreferowana z elementarnego offsidu. Wisła przyszedłszy tak łatwo do wyrównania, odzyskuje humor. Czerwoni usiłują powiększyć rezultat, uzupełniając brawurę sporą domieszką złośliwych fouli, co wywołuje nie kulturalne okrzyki ze strony fanatyków Cracovii i jeszcze gorsze „brawo Wisła!” ze sfer nietyle wysoko postawionych, ile wysoko siedzących. Przeciwnie, Cracovię ogarnia zupełne zniechęcenie. Przy stanie 2:2 rezygnuje drużyna z dalszej walki i w pierwszych minutach po pauzie zdaje się grać już tylko z obowiązku. Ta przedwczesna rezygnacja świadczy o jak najgorszym stanie nerwów w drużynie.

Poddawać się depresji przy stanie 2:2, to trochę zawcześnie. Remis przykre, bo niezasłużone remis, ale przy odrobinie silnej woli, można to było wytłómaczyć sobie jako początek nowej gry. Inną drogą musiały jednak iść myśli białoczerwonych. Zrezygnowani szukali oparcia we współczuciu licznych rzesz gorączkujących się sympatyków. Wszystkiemu już teraz winien był sędzia i całkiem nie starano się go przekonać, że mimo jego indolencji można przecież wziąć rewanż na przeciwniku. Do tego, gdy słaby dnia tego Popiel,

puścił między rękami „ślepa” centrę Balcera, los Cracovii był przypieczętowany. Walczył tylko Fryc, zabiegając daleko ku przodowi, aby rozbijać coraz mocniej nacierającą linję czerwonych. Jeden z takich wypadów kończy się ostrem zetknięciem z napastnikiem Wisły. Ofiarą pada Fryc. Gdy koło wijącego się z bólu poczynają skupiać się gracze, nie wytrzymało dobre serce jednego z członków zwyciężającego klubu i zawołał: „Grać dalej!” — „w 10 ludzi, teraz albo nigdy” mruknął ktoś obok mnie słowa ironicznego uzupełnienia. Gintel idzie do obrony, napad Cracovii gra w 4-ch. O zupełnem zgnębieniu, jakie zapanowało wśród białoczerwonych, świadczy łatwość, z jaką Czulak z kilku kroków pewnym strzałem ustalił wynik końcowy. Wkrótce wraca Fryc i kulejąc zapełnia lukę na skrzydle, Kubiński idzie na łącznika. Ostatni kwadrans należy do Cracovii, jednak bez rezultatu. Zwycięstwo odniosło szczęście i silniejsze nerwy. Cracovia przypomniała nam, że jest dopiero rekonwalescentką po niedawnej słabości i że na półtora-godzinny wysiłek woli i spokój nerwów nie może sobie pozwolić. Najsłabszymi punktami Cracovii w dniu tym byli skrajni pomocnicy i Popiel. Najlepszy w drużynie Szperling do ostatka usiłował zmienić rezultat. Wisła miała zbyt zdemoralizowanego i zgnębionego przeciwnika, aby można było jej zwycięstwo nazwać sukcesem i zdecydowanie chwalić twórców tego trjumfu, zwłaszcza, że nie przewaga Wisły była zdemoralizowania tego powodem. Jednak i w takiej grze dały się zauważyć dodatnie strony, jak doskonałe usposobienie biegowe całej drużyny, świetna gra Gierasa, który przez celowe, rozumne i płaskie podawania był głównym motorem pociągnięć napadu. Skrajni pomocnicy dostrajali się do środkowego, tworząc pracowitą i pewną linję. W ataku dobrzy Adamek i Reyman. Reyman prowadził atak doskonale, natomiast nie oddał ani jednego strzału. Adamek nauczył się zbliżać ku bramce po linji bramkowej, skąd oddana centra jest najniebezpieczniejszem z podań skrzydłowego. Na drużynie silnej, ruchliwej i znacznie już lepszej technicznie, znać rękę dobrego trenera. Jeden jednak bardzo poważny zarzut zaciążył na drużynie czerwonych po meczu niedzielnym: zbyt brutalny sposób gry i to wobec słabszego fizycznie przeciwnika, który nie usiłował się nawet rewanżować. Złą drogę obiera drużyna Wisły do podbicia serc publiczności -sportowej.

Sędziemu p. Mandlowi poświęciłem już kilka uwag. W uzupełnieniu dodam, że dla zorientowanego w stosunkach warszawskich sędziowanie p. Mandla nie było niespodzianką.

Gazeta Poniedziałkowa. 1924, nr 1

1924.10.13


Wisła—Cracovia 4:2 (2:2).

Spotkania Wisły i Cracovii należą do rzędu; spotkań, gromadzących rekordowe ilości widzów na boisku. To też piękna jesienna pogoda wczorajszej niedzieli, sprzyjała frekwencji, gromadząc o 3 pop. w parku sportowym Wisły około 6000 publiczności. Morze głów na miejscach stojących i szczelnie wypełniona trybuna gospodarzy rozbrzmiewała gwarem zwolenników futbalu głośno debatujących nad za chwilę mającymi się odbyć derbami Krakowa. Liczono jednak ogólnie, że zwycięstwo przypadnie lepszej zwykle technicznie Cracovii, nad gospodarzami. Po sfilmowaniu obu drużyn i sędziów, wybierają białoczerwoni grę za słońcem. Na trybunach cisza, gwizd sędziego i zawody będące decydującym spotkaniem o tytuł mistrza Krakowa rozpoczynają się. Wisła momentalnie podciąga pod bramkę gości, czego rezultatem jest róg, niewyzyskany. Białoczerwoni momentalnie przechodzą do ofenzywy, a w nieobecności Kilińskiego w bramce, który opuścił nieszczęśliwie swój posterunek, Gintel wrzuca z najbliższej odległości piłkę do siatki. Huragan oklasków. Nie mija jednak więcej niż minuta, a już po raz drugi z winy pomocy i obrony Wisły Cracovia po raz wtóry uzyskuje bramkę, strzałem Gin tła. Oklaskom i nawoływaniom niema końca. Być w 5 min. przegranym 2:0 i to z drużyną należącą do najlepszych polskich zespołów, a zwłaszcza w zawodach o mistrzostwo, i nie załamać się moralnie, to sztuka, którą w całym słowa tego znaczeniu Wisła zaprodukowała. Czerwoni należą bowiem do nielicznych drużyn, które powiadają, że wynik jest decydującym dopiero w 90 min. gry. Od tej chwili pokazuje Wisła swe pazurki, będąc już do końca gry głównie stroną atakującą; walka powoli się wyrównuje a pierwsze minuty huraganowych ataków białoczerwonych należą do minionej przeszłości. Wisła rozpoczyna spokojne i dobrze pomyślane pociągnięcia; cała drużyna skupia się i wytęża w jednym kierunku, wygrania. Rezultaty nie dają na siebie czekać. W zamieszaniu podbramkowem Cracovia naciskana pakuje piłkę do własnej siatki. I znów okrzyki i oklaski.

Stan taki utrzymuje się aż do 40 minuty, w której gospodarze z kilku kroków strzałem Kowalskiego uzyskują wyrównującą bramkę. Po przerwie okaz gry nie ulega zmianie, Wisła więcej przy piłce, a już w kilka minut po rozpoczęciu Balcer dalekim strzałem w sam róg zdobywa zwycięską bramkę, 'mimo interwencji Popiela. Najładniejsza bramka dnia. Niezadługo potem Bulak ustanawia ostateczny rezultat 4 :2.

Cracovia podenerwowana klęską, inicjuje szereg ataków załamanych na linji obrony, Fryc przechodzi do ataku, na lewe skrzydło, Gintel na stanowisku obrońcy. Wszelkie jednak zakusy białoczerwonych już do końca gry nie zmieniają w niczem stanu posiadania. Przechodząc do oceny zawodów należy podkreślić piękną kombinacyjną grę Wisły, któia zawody te wygrała zupełnie zasłużenie, będąc pod każdym względem lepszą od swego przeciwnika. Cała drużyna w zupełności zadowoliła, w Cracovii wybijał się Sperling, Kałuża i Cikowski. Sędzia p. Mandl z Warszawy bardzo stanowczy i zupełnie bezstronny, dlatego od czasu do czasu niepodobał się zwolennikom obu klubów. Meczem tym Wisła zapewniła sobie mistrzostwo okręgu prowadząc 3 punktami.




Sport Ilustrowany

Nr. 35. Poznań, czwartek 16 października 1924. Rok I,

12 X. Wisła — Cracovia 4 : 2 (2 : 2)

Boisko Wisły. Mistrzostw o kl. A.

Drużyny występują w następujących składach: Cracovia: Popiel; Pychowski, Fryc: Zastawniak, Cikowski, Strycharz; Kubiński, Gintel, Kałuża, Ciszewski, Szperling Wisła: Kiliński: Kaczor, Markiewicz; Krupa, Gieras Wójcik; Adamek, Czulak, Reyman I, Kowalski, Balcer.. Grę zaczyna Wisła atakiem na bramkę Cracovii i zdobywa pierwszy róg niewykorzystany. Cracovia odwzajemnia się i już w 5 min. posyła Sperlinga daleką centrę pod bramkę Wisły, Kiliński wybiega źle oblicza odbicie piłki, która przechodzi ponad nim nadbiegający Gintel strzela do pustej bramki. Cracovia dalej atakuje i w dwie minuty później zdobywa Sperlinga ślicznym strzałem z rzutu Kubińskiego drugą bramkę. Wisła, mimo stracenia dwóch bramek w tak krótkim czasie, bo w 7 miu minutach, nie traci animuszu i bierze się rzetelnie do pracy. W 12 min. powstaje pod bramką Cracovii wielkie zamieszanie, elektem czego jest pierwsza bramka dla Wisły t- zw. samobójcza, wgnieciona przez Strycharza z pozycji bez wyjścia. Obustronne ataki nie przynoszą długi czas zmiany, przyczem Wisła atakuje niebezpieczniej, Reymann z pojedynku z Popiciem wychodzi jako pokonany, a i Kowalski posyła jedną centrę zanadto do tylu. Ataki Cracovii są być może efektowniejsze, jednakowoż napastnicy jej możliwej do strzału pozycji wyrobić sobie nie umieją. 39 ta minuta przynosi wyrównanie przez Kowalskiego z ładnego biegu i centry Adamka. Przerwa 2 : 2. P o pauzie atakuje Wisła żywiej, owocem czego jest trzecia bramka zdobyta w 4 min. z ładnego strzału (przerzut bramkarza) z dość wielkiej odległości przez Balcera. Po chwili Fryc kontuzjonowany schodzi na krótki czas z boiska, Gintel cofa się do obrony. Cracovia atakuje nic jednak wskórać nie może, dobrze dysponowany bramkarz Wisły broni kilka strzałów bardzo przytomnie.

Wisła również nie pozostaje w tyle i jeden z jej ataków w 14 min. kończy się bramką, a szczęśliwym zdobywcą jest Czulak. Cracovia, chcąc wyrównać, zaczyna grać nerwowo, ataki zaś Wisły cechuje spokój i zimna krew. Napastnicy Wisły nie wykorzystają szeregu dogodnych pozycyj pod bramką Cracovii, Popiel zaś broni bardzo szczęśliwie. Pod koniec gry Cracovia atakuje, jednakowoż bez efektu. W Cracovii zawiodła linja pomocy, w której najlepszy, jeszcze Cikowski nie mógł sam wszystkiemu podołać. W ataku najlepsza lewa strona: Ciszewski. Sperlinga wypadła jeszcze lepiej z powodu słabej gry Wójcika. Obrońcy i bramkarz spełnili swe zadanie całkiem dobrze. Wisła — poza Wójcikiem , który się jednak w drugiej połowie znacznie popraw ił —- cała bardzo dobra tak, że trudno kogoś szczególnie wymieniać.

Sędzia p. Mandl z Warszawy dobry.

Publiczności przeszło 5000 osób.

„Tygodnik Sportowy”, nr 42 z 1924.10.15

Skandale na meczu Wisły z Cracovią.
Kurtyna zapadła. Dramat mistrzostwa K. Z. O. P. N-u skończony. Decydujące rewanżowe spotkanie lokalnych i okręgowych rywali dało zwycięstwo Wiśle i zapewniło jej powtórne mistrzostwo okręgu i uprawnienie do walki o mistrzostwo państwowe na wiosnę 1925 r. Jeszcze nie wszystkie rozgrywki się odbyły, ale już teraz ze stuprocentową prawdopodobnością i pewnością można przypuszczać, że nie wpłyną one na znaczną zmianę tabelarycznego układu w stanie obecnym. Ostatnie zwycięstwo Cracovii nad Wisłą 2:0 uczyniło wynik rewanżowego spotkania mocno niepewnym. Nieprzejrzane tłumy publiczności (przeszło 5000) zaległy boisko. Napięcie i zdenerwowanie olbrzymie. Już od szeregu dni zwolennicy obu klubów drżeli z niepewności, neurastenicy loteryjni zaś z obawy przed utratę sumy zakładowej.
Kurtyna się otwiera. Na boisko wchodzą drużyny w następujących składach:

Wisła: Kiliński, Markiewicz, Kaczor, Krupa, Gieras, Wójcik, Balcer, Kowalski, Reyman, Czulak, Adamek.
Cracovia: Popiel, Fryc, Pychowski, Zastawniak, Cikowski, Strycharz, Sperling, Ciszewski, Kałuża, Gintel, Kubiński.

Składy zatem kompletne, zupełnie prawie identyczne, jak na pierwszym meczu. Jeszcze przed meczem przypuszczaliśmy, te gra będzie albo bezbramkową, albo też padnie wielka ilość goli. Spełniło się to drugie. Że z początku gra będzie bardzo nerwowa, to było do przewidzenia, ale że właśnie ta pierwsza faza da najszybsze, zawrotne tempo, przy błyskawicznej akcji i kombinacji, to było emocją, to było niespodzianką. Zwykle bowiem ten pierwszy okres odznacza się chaotycznością. wprost nieprzytomnością.
Wisła zaczyna, grając przeciw słońcu. Wyzyskuje to natychmiast Cracovia i choć Wisła zdobywa z miejsca róg niewyzyskany, przerzuca lewą stroną odrazu akcję na połowę czerwonych i po niespełna kilku minutach z dalekiej centry Sperlinga wytwarza się sytuacja krytyczna. Kiliński niepotrzebnie wylatuje do górnego chwytu, mija, rażony słońcem, piłkę, która go przeskakuje, nadlatuje Gintel i w pustą bramkę plasuje lekko i pewnie. Szczęśliwym egzekutorem bramek jest Gintel. Sprytny, wprost wyrafinowany, znajdzie on się zawsze tam, gdzie wywęszy golową sytuację. Przychodzi on do gotowego prawie dzieła na to tylko, aby je wykończyć. Nie jest on typowym napastnikiem, nie posiada ruchliwości, obrotności i elastyczności napastnika, jednak jest on na miejscu w chwilach krytycznych i fabrykuje gole. Wnosi on humor i optymizm w atak, choć nie nadaje się do ataku. Szkoda tego bezkonkurencyjnego, jedynego naprawdę o międzynarodowej klasie backa polskiego, psuć i deklasować na pozycji, nie jemu właściwej, choć przynoszącej szczęśliwe sukcesy drużynie. Jeszcze nie wierzono Cracovii. Uważano to za szczęście i było to szczęście Aliści atak za atakiem sunie na bramkę czerwonych i Kubiński kilka razy pięknie centruje. Jedna taka centra, dość sobie odległa, doszła aż Sperlinga. Niezrównany technik wziął ją voleyem lewonóż i bomba z 18-tu metrów przeszyła powietrze i momentalnie znalazła się w siatce tuż pod poprzeczką. Kiliński, choć dostatecznie wysoki, nie zdołał tak szybko podnieść rąk, jak szybko piłka minęła je, by ugrzęznąć w sanctuarjum.
Cracovia prowadzi w 10 minutach 2:0! Rzecz niebywała! Senzacja niezwykła! Publika szaleje z emocji! Co za porcja futballowa? Toż to zanosi się na pogrom Wisły! Co też to będzie? Huraganom oklasków i wiwatów na trybunie niema końca. Wszystko się śmieje, klaszcze i krzyczy. Nie wszystko! Na górze w lotach widzę blade, zielone, żółte, fioletowe twarze działaczy z Wisły. Przestrach, panika, hańba, zamęt, w oczach ich. Patrzę w dół na boisko. Szukam wzrokiem Reymana. Widzę go — opokę i skałę Wisły. Gdy gracze Cracovii upojeni szaleją z radości i obcałowywują się — Wiślacy z pochmurną miną, ze zgrzytającymi zębami, ustawiają się.
Widziałem, że gra teraz dopiero się zaczyna. Mówię do mego kolegi futballowego z czasów jordanowskich z przed 23 laty, obecnego właściciela i dyrektora kinoteatru „Nowości”, p. Gawlikowskiego: „To się dopiero zacznie, będzie dużo goli, Cracovia nie utrzyma zwycięstwa”. Znam drużyny i graczy od zaczątków ich istnienia i aktywności. Znam Wisłę i Cracovię. Bojowość Wisły była zawsze większa, ale grała ona bez metody. Dziś nabywa ona system. Przejściowy okres wyszkolenia powoli mija. Wisła stosuje już system i taktykę. Współgranie jej wszystkich linij było lepszem i jednolitszem, niż u Cracovii. Reyman był w nadzwyczajnej formie. Już dawno, może nigdy dotąd, nie widziałem go w tak dobrej kondycji. Jako kierownik ataku pracował on znakomicie. Widział on niezwykle słabe w tym dniu skrajne pomoce Cracovii i tam szły ciągle jego podania. Indywidualnie przebijał się spokojnie i pewnie, przeskakiwał zręcznie nogi przeciwników, wózkując śmiało i skutecznie. Nie strzelił on ani jednej bramki, wszystkie jednak przygotował.
Jak huragan ruszyła Wisła do ataku. Odwet — za wszelką ceną! Cracovia zaś zachwiała się w niepewności. Kapitana Jej brakło mądrego i przytomnego. Że po tych 2 bramkach przyjdzie silna reakcja, to było pewnem. Trzeba było zarządzić natychmiastowy system defensywny, aż minie ten szturm, ta burza odwetowa. Drużyna biało-czerwonych nie wiedziała, co robić. Niby grała defenzywnie, niby ofenzywnie. Lecz zanim się opamiętała Wisła wywołała swymi miażdżącymi atakami taki chaos i dezorientację w jej tylnych szeregach, że wszyscy potracili głowę i po szeregu strzałach, kopaninach, nieprzytomnem podbramkowem zmaganiu się, Strycharz popełnia samobójstwo i pakuje nieszczęśliwie piłkę do własnej bramki.
Wisła zmniejszyła handicap! 2 :1 dla Cracovii. Wzajemne ataki. Kilkakrotnie mogły siedzieć gole obustronnie. Gintel, Kałuża i Sperling strzelali kilka razy niebezpiecznie tuż nad poprzeczką. Rzuty, pełne finezji i tryku, nieco niższe, byłyby nie do obrony. Ale i Reyman przedarł się raz sam. Popiel z pod nóg odbiera mu piłkę śmiałym wylotem. Nieco wcześniejszy strzał Reymana byłby niechybnie siedział. I drugi, dolny, daleki, silny strzał Reymana w prawy róg, chwyta robinzonadą Popiel.
Były to jedyne 2 momenty, godne marki dawniejszej Popiela. Pozatem wszystkie strzały, zupełnie nie niebezpieczne, puścił. I pierwszą bramkę Wisły, zanim ją Strycharz nieszczęśliwie wpakował, mógł i powinien był mieć w rękach wcześniej.
A ta bramka była przełomową. Cracovia straciła pewność siebie. Wisła odzyskała nadzieję. A że Cikowski był do przerwy doskonały, więc akcje Wisły zaczęły chodzić skrzydłami, szczególnie Adamkiem, stojącym często na spalonym, a dla którego Zastawniak nie stanowił zapory. Tak nieprzytomnego i bez krzty rozumu grającego gracza, jak Zastawniak na tym meczu, jut dawno nie widziałem. A dziwne to, bo grał on wszak dobrze przeciw DFC i przeciw Wiśle na pierwszym meczu. Zamiast się ustawić i grać, chciał on trzymać Adamka i siedział, względnie leżał mu na piętach. Zawsze było tam zderzenie dwóch ciał, wywrócenie się Zastawniaka i przebój szybkonogiego Adamka. Ta „szybkonogość” zapędzała Adamka często aż pod bramkę Crac., gdzie upodobał on sobie djalog nożny z Popielem ku oburzeniu widzów, zmartwieniu współgraczy, bo tracono czas, ale stoicznemu spokojowi sędziego. Prawoskrzydłowy Crac., Kubiński, wziął na siebie tęsamą rolę w II poł. i urządzał sobie znów częste djalogi z Kilińskim. To już widocznie zależy od artystyczno-futballowego upodobania. Są gracze, co lubią „djalogi” sportowe, a są kibice, co lubią kata—logi sportowe. Są jednak widzowie, co widzą w każdym sędziu — kata i chcieliby używać — logi dla obicia go. Przynajmniej tak się zachowują. Że sprowadzony specjalnie z Warszawy przez prezesa Krak. Kol. Sędz., p. Rutkowskiego, liczącego się z wybrednością Wisły na punkcie wyznaczania sędziów krakowskich, p. Mandl, brat reprezentatywnego gracza węgierskiego Mandla, nie widział wszystkiego, a szczególnie spalonych, że zbyt często zmuszony był dawać neutralne z powodu własnych pomyłek, do których się z całem dżentelmeństwem publicznie przyznawał, to ostatecznie jeszcze nie tragedja. Katastrofą i pechem zarazem było, że właśnie z takiej pozycji spalonej Adamka przed przerwą nastąpiła centra, z której Kowalski strzelił lekko wyrównującą bramkę. 2:2.
Widziałem już nerwowe mecze i nerwowych widzów. Słyszałem już muzykę i symfonję trybun i galerji futbal., byłem już nieraz świadkiem masowych protestów i demonstracyj przeciw sędziemu. Takiej jednak nerwowości, muzyki, demonstracji, żywiołowego protestu przeciw sędziemu, jeszcze nie widziałem i nie słyszałem. P. Mandl z Warszawy może być dumnym, iż odniósł pod tym względem rekord Polski.
Gol powstał rzeczywiście z sytuacji po of’side. Ale czy z tego wynika, że należy w tak niebywale krzykliwy sposób dać wyraz swemu oburzeniu? Nie pochwalam sędziego, który się zbyt często myli i mało widzi. Współczuję ze sędzią, z powodu pomyłki, czy niedopatrzenia, z którego powstaje następnie gol, a jeszcze bardziej żal mi drużyny pokrzywdzonej w takim wypadku. Ale sędzia jest tylko człowiekiem, a więc także omylnym. A nie odniosłem wrażenia, by p. Mandl był, lub chciał być stronniczym. Ciężkie było jego zadanie z powodu nastroju, naładowanego elektrycznością. Łatwem jednak ono było faktycznie, gdyż gra i jej przebieg nie dały trudnych i zawiłych dla sędziego momentów. Taka nerwowa interwencja publiczności często psuje całą pracę drużyn. Pomylił się sędzia - Wisła wyrównała. Cóż więc? Status quo ante! Gra jakgdyby od początku. Na tem skończyła się pierwsza połowa.
Dla fachowca jednak, znającego psychologię i dyspozycję obu powyższych drużyn, prawdopodobne zwycięstwo Wisły było niemożliwem do odwrócenia. Cracovia miała na początku meczu swój kwadrans. Ale ten kwadrans nietylko przyniósł jej 2 gole, ale ją także wyczerpał. Wisła ujmowała powoli, ale stale, inicjatywę w swoje ręce. Tyły Crac. były wyczerpane. Niewyczerpany natomiast zasób sił i wytrwałości posiada Wisła. Nie ulega też ona nastrojowi tak szybko. Cracovia walczyła z przeciwnikiem i czasem z nieumiejętnością sędziego. Wisła jednakże miała do zwalczenia czynnik poważniejszy i jeszcze potężniejszy. Wiała musiała walczyć przeciw 98% publiczności! Na swojem własnem boisku przeciwko całej publiczności! Cracovia była na cudzem boisku, ale cała prawie widownia była za nią!
Nie jestem zwolennikiem obecnego kierunku pracy kierownictwa i zarządu Wisły. Zwalczam go i będę go dalej coraz silniej i coraz energiczniej zwalczał z otwartą przyłbicą, prostą i uczciwą drogą i środkami, a nie dyplomacją zakulisową i podziemnemi drogami. Podjąłem rękawicę, rzuconą mi z niezrozumiałych i nieznanych mi przyczyn, przez długoletnich mych pseudoprzyjaciół, w czasie mej choroby i mogą być pewni, że dotrzymam im placu. Jeśli p. Dembiński zapowiada przez prywatne usta walkę na śmierć i życie, to będzie ją miał, na wszystkich frontach, w kraju i zagranicą. Nie zniesiemy absolutnie szowinistów i antysemitów w sporcie! Nie dla nich miejsce w aeropagu polskiego państwowego futballu. Burzyć i wichrzyć, niechaj sobie używają dowoli na innych arenach tycia społecznego, jeśli im na to bezkarnie państwo pozwoli, ale wara im od z trudem i mozołem zbudowanej państwowej organizacji sportu w Polsce, w ramach której mieścić się mają wedle statutów krajowych i międzynarodowych wszystkie sfery młodzieży i obywateli państwa polskiego. Panie Dembiński! Jestem gotów! Ale nie za kulisy! Na otwartą arenę!
Cóż jednak winna temu drużyna? Czegoż chce publiczność od drużyny Wisły, której gracze ciężko walczą na zielonej murawie od szeregu lat o najwyższą palmę i zaszczyty w sporcie, o tytuł mistrzowski? Czyż można co zarzucić drużynie, jako takiej? Cześć Wiśle - drużynie, co bojowością i animuszem w walce boiskowej służyć może za przykład innym drużynom! Cześć drużynie co umie stawić czoło przeciwnikowi, prowadzącemu 2:0, przeciwstawić się nastrojowi i antypatji całej publiczności, wyrównać i zwyciężyć! To jest kandydat na mistrza Polski! Wyzyskując bezradność zmęczonego Strycharza wypuszcza Reyman Balcera. Lekkomyślny tackling Pychowskiego i słaby technik Balcer zdobywa pole i blisko linji kornerowej centruje. Centra szła jednak na bramkę, górą, tuż nad lewym rogiem Zbyt pewny siebie Popiel dotyka rękoma piłki, ale nie chwyta i wpada ona do siatki. Wiała prowadzi 3:2! Na trybunie cisza. Konsternacja zwolenników białoczerwonych miesza się z cynicznym tryumfem zwolenników czerwonych. Jeszcze jednak czasu dość. Wynik jeszcze niepewny. I Cracovia może wyrównać. Lecz los sprzysiągł się snąć dziś przeciw Crac. Traci ona Fryca, którego, z powodu silnej kontuzji ze zderzenia, znoszą na noszach z boiska. Gintel zajmuje jego miejsce. Crac. gra w 10-tkę z 4-ma w ataku. Los jej jest przypieczętowany. Gra ona z rezygnacją. Wszystkie linje są złamane i załamane. Z centry dolnej Balcera zdobywa Czulak 4-tą bramkę. Dżentelmen-Reyman puszcza mu ją do strzału: „masz”.
Już raz podobne zjawisko zdarzyło się w historji naszego okręgu. Przed 2- ma laty prowadziła Makkabi na meczu z bielskim Sturmem w Krakowie 2:0 aż do 25' II połowy. Z winy obrońcy i bramkarza Sturm wyrównał, a gdy lewy obrońca wydalony został z boiska, Sturm zdobył dalsze 2 zwycięskie bramki. Mecz ten spowodował wówczas spadek Mak. do II. klasy. I dziś prowadziła Crac. 2:0. Wisła 4 bramkami zapewniła sobie zwycięstwo. Crac. straciła z powodu tej klęski pierwsze miejsce w tabeli. Gdyby nie klęska Crac. z Jutrzenką i nierozstrzygnięta z BBSV, mogłaby Crac., mimo tej klęski, jeszcze zostać mistrzem.
Nie pomógł powrót Fryca na boisko. Kulejąc na prawem skrzydle, statystował. Wisła, zadawalając się wynikiem, gra spokojnie, celowo i cynicznie na czas. Kaczor i Markiewicz biją ciągle i rozmyślnie na aut. Brzydkie to, ale w mistrzostwie i przy takiej walce, skuteczne. Rozpaczliwie zrywa się Cracovia pod koniec do energicznych ataków. Sperling jest inicjatorem szeregu akcyj. Sam strzela pięknie i ostro — wszystko bez rezultatu. Rogów kilka też bezskutecznych. Zbliża się fatalny koniec zawodów. Cracovia straciła bezpowrotnie szanse mistrzostwa. Wisła utrzymała się przy zdobytym ub. r. tytule.
Sumienna i objektywna krytyka nakazuje nam stwierdzić zasłużone zwycięstwo drużyny tymrazem lepszej, jednolitej i silniejszej. Wisła stanowiła we wszystkich linjach całość wyrównaną, bojowo znakomicie dysponowaną, psychicznie i fizycznie niezłomną. Tylko Wójcik i Kiliński nie dorównują całkowicie reszcie, ale nie psują harmonji. Obrona pewna, spokojna i przytomna. Krupa i Gieras w pomocy mogli być wzorem dla pomocników. U nich widzę największy postęp. Zbliżają się oni coraz bardziej do typu pomocników zachodnich. Grają spokojnie, trzeźwo, mądrze, ekonomicznie i celowo. Każda piłka jest stoppowaną i podawaną. Czystość ich roboty, w stylu, technice i taktyce, jest naśladowania godną. Cały atak Wisły był dobry. Reyman pracował głównie skrzydłami. Robił to precezyjnie i skutecznie. Był on dziś skromnym. Ograniczył się do kierownictwa ataku. Wykonał też wyśmienicie swe zadanie. Łącznicy Wisły, Czulak i Kowalski, spełniali zadawalająco zadanie łączników. Stanowią oni rzeczywiście kontakt pomocy z atakiem. Podobni oni są do siebie elastycznością ruchów i opanowaniem tryków piłkarskich, oraz doborowością i rozmaitością finezyjnych, oryginalnych pomysłów. Całość ataku zyskała na współgraniu i w systemie. Sprawiedliwość wymaga stwierdzenia, iż mistrzostwo okręgowe dostaje się w godne ręce. O mistrzostwo państwowe Wisła potrafi skutecznie i godnie walczyć. Przypuszczamy, że także w spotkaniach międzynarodowych również nas nie zblamuje.
Cracovia przedstawiała w I-szym okresie I. połowy zespół bardzo wybitny. Błyskotliwa praca kombinacyjna jej ataku przypominała najlepsze czasy biało-czerwonych. Także robota Cikowskiego była świetną. Po 1-szej, a szczególnie po 2-giej bramce Wisły, fizjognomja drużyny się zmieniła raptownie i całkowicie. I to jest właśnie charakterystyczną cechą Cracovii. Dopóki nie przegrywa, gra dobrze i pięknie, nawet walczy. Z niepowodzeniem maleje i niknie jej siła bojowa, gra z rezygnacją, bez ochoty. Podobna pod tym względem do Makkabi. To jest typ drużyny gry, nie walki, kombinacji, nie bojowości, gier towarzyskich, nie mistrzowskich. Defenzywa cała z Popielem na czele serdecznie słaba. Obrona i pomoc w II-giej połowie do niczego. W ataku tylko Sperling zadowolnil do końca. Reszta dobra z początku, następnie blada, anemiczna. Naogól miała Cracovia wspaniały kwadrans, ale kiepski i marny dzień. Zabłysła i zgasła — jak gwiazda. Ale gwiazdą być nie przestała. Do tego opisu i krytyki jeszcze tylko kilka słów. Są w sporcie obok rzeczy pięknych i pożytecznych, rzeczy brzydkie, szkodliwe, smutne. Że płacąca publiczność, zwolennicy i sympatycy klubowi, dają w najrozmaitszy sposób i formie wyraz swemu zadowoleniu i niezadowoleniu, temu nie można i nie należy się dziwić. Że jednak w danem towarzystwie sportowem panuje kierunek pracy, oraz sposób pracy i sposób wyrażania zewnętrznego swego „światopoglądu" sportowego, sprzeczny z zasadami tolerancji sportowej, uszanowania przeciwnika i wyraźna tendencja, kolidująca z przepisami statutu PZPN., — to jest dziwne, szkodliwe i wymaga zajęcia wobec tego stanowiska.
Otóż do redakcji naszej zgłosiło się szereg świadków, gotowych stwierdzić, ze 1) dwóch wyższych oficerów majorów, oraz pewien kapitan, siedzący w lożach i pod lożami na środkowej trybunie Wisły, krzyczeli : „mieszańce, żydy, precz z żydami!”, 2) jeden p. major w loży głośno gwizdał, 3) przy znoszeniu Fryca z boiska śpiewano z bocznej trybuny nad bufetem „requiescat in pace", 4) po meczu wznoszono okrzyki: „niech żyje czysto polska drużyna”, 5) gracz Balcer powiedział do jednego z sędziów bocznych: „damy tu sobie radę ze żydami, precz z żydami. I z panem sobie poradzę”, 6) okrzyki na trybunie „bić żydów, na Kaźmierz etc.". — Nadmieniamy, że było to na meczu Wisły z Cracovią, a nie z jakąś drużyną żydowską.
Jest rzeczą władz sportowych zająć stanowisko odpowiednie wobec gospodarza boiska, który interwenjował kilkakrotnie przez swych funkcjonarjuszy, gdy publiczność demonstrowała gremjalnie przeciw sędziemu okrzykami „ofside”, „kalosz” i wzywał słusznie do uspokojenia się i przestrzegania porządku, — nie uważał jednak za stosowne wezwać swych własnych członków i zwolenników, a nawet przywódców, aby się zachowywali należycie, nikogo z publiczności i drużyny goszczącej nie obrażali, ani prowokowali.
My jednak uważamy, że wobec takiego wyraźnego antydemokratycznego i antysportowego postępowania członków, a nawet zarządu Wisły, oraz tendencji politycznej antysemickiej, powinni prawdziwi sportowcy — uznający wolność przekonań, przynależności religijnej, narodowej i rasowej, jako rzecz prywatną, nic ze sportem wspólnego nie mającą, jakiegokolwiek towarzystwa sportowego są zwolennikami, lub członkami — natychmiast gremjalnie zareagować. Nie moglibyśmy tego pojąć, aby członkowie, zwolennicy i sympatycy Cracovii, których przezwiskami obrażono, oraz członkowie, zwolennicy i sympatycy klubów sportowych żydowskich, których religię i narodowość na każdym kroku panowie z Wisły zniesławiają i obrażają uczucia i prawa najświętsze obywateli konstytucją państwową zagwarantowane — mogli jeszcze odwiedzać boisko Wisły, na którem gospodarz toleruje, a nawet zachęca do takich wybryków. Ciekawiśmy, kto zawita na mecze Wisły na jej boisko, jeśli towarzystwo to natychmiast nie przedsięweźmie energicznych i przekonywujących kroków, celem wyplenienia u siebie tych elementów, które są rozsadnikiem zgody i współżycia międzyklubowego.

„Stadjon” z 1924.10.16

O czym się mówi
Wrzenie w krakowskim światku footbalowym jest stanem chronicznym, przeto informowanie o nim sportowego ogółu polskiego musiałoby dać tasiemcowy, nigdy nie kończący się artykuł i do tego nudny. Bywają jednak chwile, gdy zbytek nagromadzonych przeciwności podnosi pokrywę naczynia i fala przelewa cię poza jego brzegi.
Tym razem osią zadrażnienia jest kwestja sędziowska, ta nietylko nie dająca się zagoić, ale coraz to gorzej jątrząca się rana każdego niemal rozwijającego się środowiska piłkarskiego. Doszło wreszcie do tego, że do rzadkości należą dziś w Krakowie zawody, które by nie przynosiły niezadowolenia, uczucia pokrzywdzenia naprzemian różnym stronom. Raz ten, drugi raz kto inny, zależnie od zabarwienia sportowo-politycznego, czuje się pokrzywdzonym i ten właśnie objaw powszechnego niezadowolenia z działalności sędziów uważać należy za wysoce znamienny. Zaczęło się od zgoła sensacyjnych rewelacji, Oto parę miesięcy już temu jeden z członków Zarządu KZOPN na posiedzeniu tegoż Zarządu wystąpił z wyjawieniem treści rozmowy z pewną wpływową, jak się wyraził, osobistością z Kolegjum Sędziów. Osobistość ta poinformowała go nie mniej i nie więcej jak tylko o „różnych" nastrojach nurtujących Zarząd KS w dolne przed mistrzostwami okręgowymi w stosunku do tutejszych klubów klasy A. i tak według tych informacji Zarząd KS zdecydowanie wrogo usposobiony jest względem Wisły w pierwszym rzędzie a także względem Jutrzenki, która jednak nie miałaby jeszcze zamkniętej drogi do Kanossy, drogi pokory i przebaczenia. Przyznać trzeba, że rewelacje nie byle jakie, zwłaszcza gdy się zważy, że ważył się na nie członek Zarządu KZOPN na oficjalnem posiedzeniu! Efekt w pierwszej chwili kolosalny, zapowiadający pociągnięcie niedyskretnego rewelanta do najsurowszej odpowiedzialności, W miarę upływu czasu, tego łagodziciela najsroższych krzywd czy zniewag, zmalał do... zera, bo nie przedsiębrano niczego w kierunku rehabilitacji tak poważnym zarzutem obarczonej Władzy sportowej. To drugi objaw jeszcze znamienniejszy. Zamiast rehabilitacji natomiast w takiej właśnie chwili Zarząd KZOPN powziął pewne uchwały, zmierzające do ograniczenia prawie że niczem dotąd niekrępowanej władzy KS przez przyznanie klubom prawa wyłączania pewnej procentowej liczby sędziów. Sądząc po dotychczasowym stanowisku sfer sędziowskich wobec każdej próby poddania ich organizacji pewnej koniecznej w każde m zbiorowem ciele kontroli, uchwała taka winna była się spotkać z zaciętym oporem przeciw nowej próbie naruszenia „źrenicy wolności" - tymczasem nadspodziewanie została „miękko" przyjętą. Trzeci objaw, prawdopodobnie nie bez głębszego znaczenia. Byłaby rzecz cała najprawdopodobniej przycichła, gdyby nie fakt, że w łonie samego Zarządu KS znaleźli się ludzie, którzy już mieli dość i postanowili zrzec się swej godności. Po komplikacjach i debatach cały Zarząd podał się do dymisji i dnia 11 b. M. nastąpią nowe wybory. Tak niesie stugębna fama sportowa Krakowa, jak było naprawdę nigdy nikt się nie dowie. Jedyny dający się wysnąć wniosek jest ten, że jednak nie wszystko musi tam być w porządku i że dzieło sanacji, (nie wiadomo której już z rzędu) okazuje się koniecznością. Zanim znajdzie się genjusz, który taką sanację potrafi przeprowadzić, logicznym skutkiem panujących stosunków jest cały szereg protestów w grach o mistrzostwo jak „Podgórza" przeciw zawodom o mistrzostwo kl. B czyli o wejście do klasy A z Makkabi, BBSV przeciw zawodom o misrz.. kl- A z Jutrzenką, Jutrzenki przeciw zawodom o mistrzostwo kl. A z Wisłą i t d.
Najbrzemienniejszym w następstwa jest niezawodnie „proces” Podgórza przeciw Makkabi, bo ma on rozstrzygać o zdobyciu miejsca w klasie A. Proces ten doszedł z kolei już do trzeciej instancji, do Zarządu PZPN i jest w toku śledztwa, które przedstawia niezwykłe trudności a ze wzglądu na pierwszorzędną wagę ostatecznego już orzeczenia, musi być przeprowadzone z całą najskrupulatniejszą pedanterją.
Drugi (BBS V c-tra Jutrzenka) mniej ważny, bo mający rozstrzygać tylko o 2 punktach w mistrzostwie między niezagrożonymi zresztą adwersarzami, wywołał inny uboczny skutek, którym jest zawieszenie prowadzącego zaczepione zawody sędziego p. Branda przez Wydział S. Sędziowskich PZPN. Pakt ten wywołał znowu ożywioną dyskusję o charakterze prawnym, czy Wydział Spraw Sędziowskich PZPN miał prawo wydania takiego zarządzania. Ze stanowiska prawniczego mnie rzecz wydaje się wątpliwą, bo fakt taki mógł mieć miejsce tylko w Krakowie z powodu przypadkowej zresztą okoliczności, że siedziba Wydziału Spr. Sędz. PZPN pokrywa się z siedzibę Kol. Sędz. KZOPN. W Wilnie czy Lwowie zarządzenie podobne nie mogłoby mieć miejsca— tam co najwyżej delegat Wydziału Spr. Sędz. PZPN mógłby z podobnym wnioskiem wystąpić wobec tegoż Wydziału. Z drugiej strony, jeżeli nie jest dobrze kompetentna bezpośrednia władza t. J. miejscowe Kol. Sędziów niczego nie przedsiębierze, musiał się znaleść ktoś dążący do naprawy, choćby na drodze formalnie tylko wątpliwej. Bo że Wydział Spr. Sędz. PZPN powołany jest do czuwania nad okręgowymi Kolegiami Sędziów to zdaje się nie ulega wątpliwości. Inna rzecz, czy słusznem było dyscyplinowanie sędziów rozpoczynać właśnie od p. Branda, który uważanym być musi za jeden z pożądanych czynników w składzie tutejszej korporacji sędziów footballowych i przy stwierdzonej krótkowzroczności, jako wadzie fizycznej, nic ma podstaw do zarzucania temu sędziemu rozmyślnej stronniczości. To też nie bez racji są ci, którzy twierdzą, że przed p. Brandem suspenzja winna była spotkać w bieżącym sezonie cały szereg jego kolegów. Ale i na tę „rację" znajdzie się odpowiedź; Sanację raz trzeba było zacząć, lepiej przeto późno niż nigdy. Rzecz to nierzadka, że najsłuszniejsza zasada krzywdzi jednostki. Sam spór natury kompetencyjnej wydaje się być wyłącznie formalnym, sama zasada konieczności sanacji nie ulega zdaje się dla nikowo wątpliwości.

„Stadjon” z 1924.10.16

Wisła — Cracovia 4:2 (2:2).
Spotkanie decydujące o tytule mistrza w Okręgu, o prymacie sportowym w Krakowie rozegrane przy wielotysięcznych tłumach widzów, miało przebieg niezwykle emocjonujący i trzymało przez dobre 75 minut w najwyższem naprężeniu nerwy widowni, podzielonej na dwa obozy, zwolenników Cracovii i stronników Wisły. Pierwsze minuty gry wystawiają na srogą próbę stronników Wisły! Już w 7 minucie gry Cracovia prowadzi 2:0, Jeden „kiks" młodego bramkarza Wisły wykorzystany przez chytrego Gintla i jeden ładny strzał Sperlinga stawiają drużynę Wisły przed niełatwem zadaniem wytrwania nerwowego wobec widma klęski. Grać z tą sławną Cracovią prowadzącą już w 7 minucie 2:0 i nie upaść na duchu, nie stracić wiary w zwycięstwo, to zadanie dla nerwów drużyny niełatwe. A jednak zdołali mu sprostać czerwoni i to jest właściwie najwartościowszą stroną ich wygranej. W pierwszych fazach naciskani niemiłosiernie przez pełnych animuszu białoczerwonych, mimo utraty dwu bramek przychodzą powoli do siebie.
I tak Reyman l po przeboju strzela najfatalniej w brzuch wybiegającego Popiela, Adamek pzestrzeliwuje raz z „murowanej” pozycji drugi raz centruje bezmyślnie na 4 metry przed bramką zamiast szyć bez namysłu w siatkę. Wreszcie 40 minuta przynosi znowu groźną chwilę dla Cracovii Popiel w mentliku odbija piłkę, którą dostaje Kowalski II i mądrym „placem" umieszcza w prawym rogu siatki. Wisła wyrównuje 2:2 i pozbywszy się ciążącego nad nią w początkach gry widma klęski i utraty tytułu mistrza na 50 minut czasu na to, by spróbować złamać groźnego wroga i wygrać. W 49 minucie daleki wrzutowy bardzo trudny do obrony strzał Balcera daje jej prowadzenie 3:2. W 15 minucie drugiej połowy z kapitalnego podania Kowalskiego Czulak podnosi wygraną Wisły do czterech bramek i zamyka cyfrowy rezultat gry. Pozostałe 30 minut mijają wśród pochwały godnych usiłowań Cracovii, by zmiejszyć klęskę, uzyskać wynik remisowy, a może i wygrać.
Gra była obustronnie dobra, interesująca I bardzo ostra, jakkolwiek przez sędziego p. Mandla trzymana doskonale w granicach przepisów.
Publiczność Krakowa, a raczej Cracovii, która lubi narzucać swą wolę sędziom i wymuszać nieraz na nich rozstrzygnięcia przy podobnych próbach wobec p. Mandla spotkała się z uprzejmym i pobłażliwym uśmieszkiem tego starego doświadczonego praktyka. Wy sobie, a ja sobie. Nie dał się wyprowadzić z równowagi i był do końca sobą t. j. bardzo dobrym i wytrwałym, pełnym sumienności sędzią.
Z kolei trzeba przejść do oceny drużyn. Wisłą nie miała swego najlepszego dnia ale grała z duchem ofiarności i woli zwycięstwa. Gdy trzy tygodnie temu tyły tej drużyny lepsze były, to dziś najlepszą linję stanowił napad. Reyman I pracował do samego końca doskonale. Czulak był ruchliwy i odważny Kowaliki II doskonały do uzyskania czwartej bramki przez Wisłę, potem uznał, że Cracovia ma dość i przestał grać. Skrzydła mimo, że pilnie strzeżone przez skrajnych pomocników Cracovii pracowały doskonale. Adamek trzeba przyznać, ma zalety wyjątkowe w swych zrywach i biegach i fabrykuje stale najgroźniejsze sytuacje dla przeciwnika. Balcer jest groźny swą żywiołową siłą i biegiem. znać po nim okres nabywania techniki, pod pilnem okiem Schlossera W llnji pomocy doskonali Gieras i Krupa. Wójcik najsłabszy zwłaszcza w początkowych fazach gry, wydaje się być obecnie w formie.
Z obrońców lepszy Markiewicz. Kaczor stracił wykop i czynił na widzu wrażenie niepewnego. Obydwaj nie wykazywali w tym dniu efektownych czystych wykopów. Bramkarz Kiliński zadowolił; jak każdy młody gracz zdradza chwilami brak rutyny, ale miał też i pierwszorzędne wyczyny. Cracovia była całością dobrą i grała bardzo żywo i ruchliwie. Popiel jak zwykle dobry, choć bez stylu. Obrońcy w zwyczajnej dobrej formie, Pychowski może pewniejszy. W pomocy Cikowski powraca do swej dawnej formy, która predystynuje go na reprezentatywny środek pomocy, Skrajni pomocnicy Strycharz i Zastawniak byli tym razem najsłabszą częścią drużyny. W napadzie lewa strona Sperling i Ciszewski jak zwykle niebezpieczniejsza. Kałuża jest w doskonalej formie i pokazuje swe dawne kapitalne „kawałki” Gintel na prawym łączniku ciężki a chytry, czego jednak nie „przechytrzy” tego i nie zrobi. Kubiński dobrze był trzymany przez Krupę, miał jednak parę momentów, które przypominały jeszcze czasy tego niegdyś głośnego gracza. Z ogólnych cech wydaje mi się, że Cracovia zatraciła swą miękkość i zaczyna walczyć. Wpływa to może ujemnie na piękno gry ale czyni ją bardzo celową i skuteczniejszą. — Zawodom przypatrywały się przy pięknej jesiennej pogodzie rzadko w Krakowie widywane tłumy widzów.

Sport lwowski

Nr. 111. Lwów, środa 15 października 1924. Rok III.

KRAKÓW.

12. X. Wisła-Cracovia 4:2 (2:2). Mistrz, kl. A. Zwycięstwem zapewniła sobie Wisła poraź drugi mistrzostwo okręgu krakowskiego. Już na początku gry strzela Cracovia przez Gintla i Sperlinga w 5 i 6 min. dwie bramki i prowadzi 2:0. Wisła jednak zbiera swe siły, otrząsa się z przewagi Cracovii, rozpoczyna atakować i to doprowadza do bramki pierwszej strzelonej przez Reymana przy pomocy Strycharza z Cracovii w 15 min , a następnie w 40 min strzela Adamek i wyrównuje 2 : 2. Po przerwie Wisła zaczyna z dawno niewidzianą ambicją naciskać szeregi Cracovii ; zaraz na początku gry Czulak strzela trzecią bramkę a po zejściu kontuzjowanego Fryca z boiska ustala Balcer wynik 4:2. W Cracovii bardzo słabo bronił Popiel, nadto pomoc w drugiej połowie opadła na siłach, atak też nie miał siły przebojowej, co właśnie cechowało Wisłę w całości. Gracze jej grali wszyscy dobrze, z ambicją i chęcią zwycięstwa, widziało się to zwłaszcza w drugiej połowie. Rogów 5:2 dla Cracovii. Sędziował p Mandl, naturalnie ku niezadowoleniu zwolenników Cracovii, którzy starali się go sterroryzować — na szczęście — na próżno. Widzów do 7000.


Stan rozgrywek a-klasowych: Wisła 8 gier i 14 pkt., Jutrzenka 7 - 9, Cracovia 6-7.