1936.11.01 Legia Warszawa - Wisła Kraków 2:3

Z Historia Wisły

1936.11.01, I Liga, 18. kolejka, Warszawa, Stadion Wojska Polskiego,
Legia Warszawa 2:3 (1:2) Wisła Kraków
widzów: 1.000
sędzia: Zygmunt Lange z Łodzi
Bramki


Klemens Frankowski (g) 30'
Henryk Przeździecki 64'

0:1
0:2
1:2
2:2
2:3
10' Artur Woźniak
16' (sam.) Józef Kubera


70' (g) Władysław Szewczyk
Legia Warszawa
2-3-5
Grga Zlatoper
Marian Pigłowski
Stefan Kubera
Tadeusz Cieciera
Wacław Przeździecki
Józef Kubera
Zygmunt Rajdek
Stanisław Gburzyński
Klemens Frankowski
Ryszard Łysakowski
Henryk Przeździecki

trener: Karol Hanke
Wisła Kraków
2-3-5
Stanisław Geruli
Stanisław Szczepanik
Władysław Szumilas
Józef Kotlarczyk
Franciszek Gierczyński
Mieczysław Jezierski
Bolesław Habowski
Mieczysław Gracz
Władysław Szewczyk
Artur Woźniak
Jan Natanek

trener: brak

O Wiśle Kraków czytaj także w oficjalnym serwisie Przeglądu Sportowego - Sports.pl


Spis treści

Relacje Prasowe

„Ilustrowany Kuryer Codzienny”

1936, nr 306 (3 XI)


Wisła wicemistrzem Polski

Kraków, 2 listopada.

Nareszcie walki ligowe mamy już poza sobą. Po całorocznej, zaciętej kampanji, można dziś wreszcie definitywnie ustalić kolejność klubów, wedle ich umiejętności, wykazanych w ciągu całego roku. Nie obeszło się na samym końcu bez niemiłego incydentu, którym będzie jedyny w tym roku walkower, z powodu niestawienia się drużyny Śląska w przepisanym terminie na zawody z Garbarnią w Krakowie. Były w tem wyższe jakieś kombinacje, których oby jak najmniej było w sporcie polskim Mistrzostwo Polski było już przesądzone przed dwoma tygodniami, tak, iż niedziel na porażka Ruchu w meczu z Wartą nic zmienić nie mogła. Obecnie chodziło o inną już stawkę, a przedewszystkiem o drugie miejsce. Zdobyła je krakowska Wisła, zwyciężając znowu w odmłodzonym składzie warszawską Legję w stolicy i zdobywając w ten sposób wicemistrzostwo. Trzecie punktowane miejsce przypadło Warcie, dzięki pięknemu zwycięstwu nad mistrzem Polski w W. Hajdukach.

Na czwartem usadowiła się Garbarnia, po zwycięstwie walkowerem nad Śląskiem, potem kroczy Warszawianka, która poniosła porażkę na gruncie lwowskim w spotkaniu z Pogonią, zajmując szóstą lokatę. Ostatnie dwa miejsca, ratujące przed spadkiem należą do ŁKS-u i Dębu. Oba te kluby stoczyły w niedzielę spotkanie w Katowicach, zakończone zwycięstwem Dębu tak, iż obecnie Śląsk nie może sobie rościć jakichkolwiek pretensyj do Ligi nawet na drodze... dyplomatycznej.

Wisła-Legja 3:2 (2:1)

Warszawa, 1 listopada (a. sz.) Składy drużyn: Gierula, Szczepanik, Szumilas, Kotlarczyk II, Gierczyński, Jezierski, Habowski. Gracz, Szewczyk, Artur, Natanek. Legja: Zlatoper, Kubera II, Pigłowski, Kubera I, Przeździecki I, Ciapara, Przeździecki II, Gburzyński, Frankowski, Łysakowski i Rajdek.

Zawody wypadły bardzo ciekawie i interesująco, choć w obu zespołach brak było sławnych nazwisk Z wyjątkiem Artura i Kotlarczyka II w Wiśle, a Łysakowskiego i Przeździeckiego I w Legji, zobaczyliśmy na boisku niedawnych jeszcze juniorów. Wnieśli oni do zawodów ich największy atut, a mianowicie młodość i dzięki temu zawody przeprowadzono znacznie żywiej niż n a poprzednich meczach ligowych, oglądanych na boiskach warszawskich. Ob serwowaliśmy liczne pomysłowe i szybkie zagrania, częste strzały, natomiast nie było mowy o brutalności, czy wykorzystywaniu siły fizycznej, co jest może najcharakterystyczniejszym objawem w tegorocznym sezonie meczu ligowego.

Początek gry zapowiadał łatwe i wysokocyfrowe zwycięstwo Wisły, która już po pierwszym kwadransie prowadziła 2:0, następnie jednak Legja rozegrała się i będąc do końca równorzędnym przeciwnikiem, przegrała z honorem przy jednej tylko bramce, notabene „samobójczej”. Zwycięstwo Wisły, mimo równorzędnej, szczególnie po pauzie, gry, uważać należy za zasłużone. Była ona zespołem bardziej składnym i lepiej może zgranym. Poraz pierwszy oglądany w Warszawie jej odmłodzony skład podobał się bardzo. Młodzi zawodnicy wnieśli do gry zapał, ambicję i wytrzymałość. Motorem akcyj napadu tym razem był raczej Artur, a nie Szewczyk. Od niego bowiem szła inicjatywa posunięć ofenzywnych, ładnie przeprowadzanych, dzięki umiejętnemu wykorzystywaniu dobrze ustawiających się kolegów. Pozostali dwaj w trójce, Szewczyk i Gracz, prezentują się bardzo dodatnio. Szewczyk góruje szybkością i ruchliwością, natomiast Gracz ma zdaje się lepszą technikę. Bardzo dobry dzień miał Habowski, którego akcje były bodaj najgroźniejsze z piątki ataku. Lewoskrzydłowy Natanek jeszcze nieco surowy.

W pomocy najpewniej grał „stary” Kotlarczyk młodszy. Środkowy Gierczyński dokładny w płaskich swych podaniach, wytrzymały i pracowity, ale może zbyt po wolny. Jezierski nie zawsze dawał sobie radę z zaciętym Przeździeckim Il-im. Obrona Wisły bardzo pewna w odbieraniu piłki, nieco słabsza w wykopie. Bramkarz Gierula — to bardzo dobry materjał. Nie zrobił właściwie błędu, a łapał piłki bardzo pewnie.

Bramki dla Wisły zdobyli Artur i Szewczyk, oraz jedna „samobójczą”, zaś dla Legji Frankowski (2).

Wobec zwycięstwa Wisły i równoczesnej przegranej Warszawianki we Lwowie — Wisła zdobyła drugie miejsce w tabeli i tytuł wicemistrza Polski.

Drużyna Legji wystąpiła do meczu również w odmłodzonym składzie. Brakowały w niej czwórki amerykańskich „podróżników” (Martyna, Nawrot, Drabiński, Cebulak), zdyskwalifikowanego Szczotkowskiego i chorego Wypijewskiego. Choć ta drużyna nie miała właściwie po co grać, gdyż spadek jej z ligi został już przed tygodniem ostatecznie przypieczętowany, — (tymczasem Wisła walczyła o wielką stawkę, bo o wicemistrzostwo Polski), mimo to zagrała ambitnie, pragnąc, by choć po żegnalne zawody z ligą wypadły honorowo Zespół wypadł w sumie napewno le piej od tej Legji, która ustrojona wspaniałymi nazwiskami asów polskiego piłkarstwa przegrywała mecz po meczu. Z tą obecną drużyną można było w lidze się utrzymać.

Najsłabiej zaprezentowała się w drużynie dosyć niepewna i chaotyczna obrona. W pomocy bardzo prawidłowo fangował starszy Przeździecki na środku, w linji ataku najlepszym był chybu Frankowski na środku, napastnik z dużą przyszłością. Z łączników Łysakowski wykazał znacznie więcej rutyny, niż Gburzyński, który nie potrafi wykorzystywać sytuacyj podbramkowych. Przeździecki II na prawem skrzydle czuł się dosyć nieswojo. Rajdek, jak zwykle, nieobliczalny w swych żywiołowych wypadach.

Mecz poprzedzony został minutą ciszy dla uczczenia zmarłego przed kilku dnia mi wiceprezesa PZPN-u śp. dar jerzego Michałowicza.

Pierwsze minuty należą do Legji. Wisła rozgrywa się jednak szybko i zaczyna przeważać. W 10 min. pada pierwsza bramka dla Wisły, a mianowicie Szewczyk wypuszcza doskonale Artura, który plasuje piłkę obok wybiegającego bramkarza celnie do siatki. W 15 min. Kubera chce podać piłkę Zlatoperowi, który jednak tymczasem wybiega z bramki, a piłka wpada lukiem samobójczo do bramki Legji. Gra się powoli wyrównuje. Strzał Łysakowskiego z powietrza w 25 min. paruje Gerula. W 30 min. piłkę centruje Przeździecki II, a nad biegający Frankowski zdobywa głową pierwszą bramkę dla Legji. Pod koniec pierwszej połowy strzał Szewczyka z kilku kroków idzie w słupek.

Po przerwie gra żywsza i ciekawsza. — W 19 min. po centrze Przeździeckiego II Frankowski strzela wyrównującą bramkę dla Legji. Gra coraz żywsza i ostrzejsza. W 25 min. Kotlarczyk umiejętnie bije rzut wolny. Piłka idzie do Szewczyka, który głową strzela zwycięską bramkę dla Wisły. W ostatnich minutach Legja dąży do zdobycia bramki, ale obrona Wisły jest na stanowisku. Sędzia p. Lange z Łodzi. Widzów zaledwie kilkaset.



Przegląd Sportowy numer 93/1936 strona 4

Ostatnie bramki na stadionie warszawskim
Wisła z trudem zwycięża Legię


Warszawa 1.9. WISŁA - LEGIA 3:2 (2:1). Bramki dla Wisły zdobyli: Artur, samobójcza Kubery, Szewczyk; dla Legii Frankowski 2. Sędziował p. Lange.

WISŁA: Gierula; Szczepanik, Szumilas; Kotlarczyk II, Gierczyński, Jezierski; Habowski, Gracz, Szewczyk, Artur, Natanek.

LEGIA: Zlatoper; Kubera II, Pigłowski; Kubera I, Przeździecki I, Cieciera; Przeździecki II, Gburzyński, Frankowski, Łysakowski, Rajdek.

Krakowska Wisła w 1936 roku
Krakowska Wisła w 1936 roku

Ostatki ligowe w Warszawie zgromadziły na widowni stadionu W.P. jedynie "najwierniejszych". Trybuna zapełniła się więc głośno dyskutującą młodzieżą, której nikt dzisiaj nie wypędzał z samowolnie okupowanych miejsc. Sympatie jej były podzielone. Gwizdano chwilami demonstrując przeciw rzekomej krzywdzie Legii, to znów aplauzowano spontanicznie bardziej udaną akcję krakowian. Nastrój był niefrasobliwy, mimo że przyszło uczestniczyć w przykrym obrzędzie degradacji drużyny, która mimo początkowo niezbyt przychulnej dla siebie atmosfery (z różnych przyczyn) zdołała jednak z biegiem już wykuć pewną tradycję i stworzyć ustaloną wartość w polskim piłkarstwie.

Piękne gesty, ale krótko

Bardziej, niż na widowni odczuwano powagę momentu, zdaje się, na boisku. W pierwszej połowie starano się więc grać z zachowaniem pełnej rycerskości. Przy silniejszym zderzeniu gracze wymieniali uściski dłoni, wzajemnie się przepraszali, demonstrując tę lepszą, niestety dość rzadko oglądaną stronę sportu. Po przerwie, gdy sytuacja się pogmatwała i ostateczny wynik stał się niepewny, zarzucono "dobre obyczaje" i chwilami zdrowo sobie dogadzano.

Obiecujący start

Jak ogólnie przewidywano zawody zakończyły się przegraną Legii. Po pierwszych 20 minutach zanosiło się nawet na katastrofalną klęskę. W okresie tym Wisła grała jak z nut, pozwalając przeciwnikowi jedynie na sporadyczne wypady, które miały nawet wcale nie "spadkowy" zakrój. Dwie bramki, jedna w 10-ej min. Artura po dobrej kombinacji całości, druga w 16-ej min. z niefortunnego wykopu Kubery I, który wyekspediował piłkę efektownie w tył ponad głowę Zlatopera, - były ukoronowaniem dzieła. Potem nastąpiło w sytuacji "przejaśnienie" (naturalnie oceniając z perspektywy Legii). Atak krakowski, idący z furią zaczął jakoś tracić temperament, a gdy w 30-ej min. Frankowski ładną główką przeniósł piłkę ponad Gierulą do siatki, Wiślacy zupełnie się zapeszyli.

Od tej chwili drużyna "czerwonych" zaczęła się skrzępić. Zanikał coraz bardziej kontakt pomiędzy liniami, psuła się zgodna dotychczas współpraca napadu, gaffy robiono na przedpolu własnej bramki i sprawnie funkcjonujący aparat rozklekotał się na dobre. Po przerwie nic się nie poprawiło. Były wprawdzie i teraz efektowne momenty, ale nie zdołano już zespolić się w jeden harmonijny zespół.

Na równi

W przeciwieństwie do gości Legia, która rozpoczęła bój z wyraźnym kompleksem, "poddała się nieuchronnemu losowi", nabrała nagle wigoru i ochoty do życia. Zapomniawszy więc o tragicznym fatum, zaczęła walczyć jak równy z równym, często i gęsto wprowadzając Gierulę i jego najbliższe otoczenie w ciężkie sytuacje. W 19-ej min. udało się nawet doprowadzić wynik do równowagi. Szumilas nie potrafił zatrzymać Przeździeckiego II, który skierował ostry strzał na bramkę. Szczepanik gdzieś się zapędził, a Kotlarczyk II, obsadziwszy jego pozycję nadaremnie usiłował zatrzymać bieg piłki, lekkie dotknięcie główki Frankowskiego wystarczyło więc, by potoczyła się ona obok rąk bramkarza do siatki.

Sukces jeszcze bardziej zdopingował gospodarzy i zaniepokoili poważnie ich przeciwników. Stąd powstała ostrzejsza gra, protesty i wyrazy niezadowolenia z niektórych orzeczeń napewno nie najgorszego sędziego. Sprawę rozstrzygnął ostatecznie rzut wolny w 25-ej min. Piłkę bitą przez Kotlarczyka przedłużył ładnie główką Szewczyk i postawił tym samym kropkę nad "i". Przewidywaniom stało się zadość, Wisła wygrała, a przyszło jej to ciężko, napewno trudniej, niż oczekiwała.

Dwie edycje

Krakowianie zaprezentowali się nam w dwu odmianach. Pierwsza wywołała ogólny zachwyt, druga była bardzo przeciętna. Co było przyczyną nagłej metamorfozy? Wydaje nam się, że dwa są tego źródła. Po pierwsze więc atak, ściślej mówiąc, trójka środkowa, wzięta za wielkie początkowo tempo i nie mogła na śliskim, ciężkim terenie przetrzymać go do końca. Po drugie: w centrum pomocy Wisły istniała luka, wymagająca wydatnego latania zarówno ze strony obu łączników (co naturalnie jeszcze bardziej absorbowało siły), jak i ze strony obrońców (Szczepanik).

Gierczyński miał najlepsze chęci, pracował ambitnie i ofiarnie, ale na barkach swych nie potrafił utrzymać ciężaru całej gry. Ucierpieli na tym również boczni pomocnicy, których praca konstrukcyjna pozostawiała chwilami wiele do życzenia. Z obrońców podobał nam się lepiej Szczepanik, ruchliwy i agresywny. Możnaby mu [?] zrobić zarzut, że zapuszcza się niejednokrotnie w dalekie rewiry, odsłaniając własną pozycję. Szumilas był mniej rześki, dzięki temu zdarzały się liczniejsze błędy. Gierula wywiązał się naogół zadowalająco ze swego zadania, parokrotnie interweniował z wielką brawurą. Trudno do niego mieć pretensję o drugą bramkę (jak wynikało to z gestów niektórych kolegów).


Błyskotliwy i groźny tercet

Najciekawszą formacją Wisły jest bezsprzecznie atak. Gra trójki w pierwszych 20 min. stała na doskonałym poziomie. Pomiędzy Arturem, Szewczykiem i Graczem piłka szła jak na sznurku, prawie zawsze do przodu, zawsze na przedłużenie i... strzał. Ze skrzydłowych lepiej wypadał Habowski, którego dobrych centr nei wyzyskiwano. Natanek jak na nowicjusza wykazywał wiele talentu. Gdy karta się odwróciła napastnicy stracili rezon. Artur znów popadał w nałóg dribblingowy, Szewczyk nie umiał się w porę uwolnić z pod opieki przeciwnika, a "Gracz", jak na młodego gracza zbyt często inklinował do foulów i protestów. Mimo to jednak linia ofenzywna pozostawiła dobre wrażenie i jest w tej chwili najsilniejszą bronią "czerwonych".

Na straconej pozycji

Legia zasłużyła na remis. Grała ona stylowo może mniej efektownie, w technice poszczególnych graczy były większe braki, jednak umiała też zdobyć się na skoordynowane szybkie akcje, na przemyślane i celowo przeprowadzane podania. Atak mniej [?] swą pracę, ale był jednak pozbawiony energii i zdecydowania. Świadczyły o tym choćby obie bramki i kilka dalszych dobrych strzałów. Pomoc i obrona potrzebowała sporo czasu, nim zdołała się zorjentować w sposobie gry przeciwnika. Gdy to nastąpiło zaczęły się coraz bardziej zasklepiać niebezpieczne luki a napastnicy Wisły spotykali na drodze swej dobrze ustawionych przeciwników. Nie była to naturalnie gra na jakimś specjalnym poziomie, ale przeciętnie wcale dobrym, przez solidnych, wyrobników. Poza pierwszym okresem, w którym popełniano na tyłach ciężkie grzechy (krycie), później nie było właściwie specjalnie słabych punktó. Na pochwałę zasługuje ambicja i zapał z jakim walczono do ostatka, mimo przeświadczenia, że stoi się na straconej placówce. Na wyróżnienie zasługiwałby bramkarz Zlatoper. Przeszedł on w niedzielę ciężki trening, z którego wywiązał się dobrze, interweniując często nie tylko odważnie ale i z ryzykiem.

Sędzia p. Lange, mimo kilku przeoczeń, w sumie niezły.


Ciekawostka

Legia po tym meczu, jak się później okazało, pożegnała się z boiskami I ligi na 12 lat.




źródło: http://buwcd.buw.uw.edu.pl/e_zbiory/ckcp/p_sportowy/1936/numer093/index.htm