1948.12.05 Wisła Kraków – Cracovia 1:3

Z Historia Wisły

Najważniejszy mecz w historii Cracovii
1948.12.05, I liga, dodatkowy mecz, Kraków, Stadion Garbarni, 11:00
Wisła Kraków 1:3 (1:2) Cracovia
widzów: 20.000
sędzia: Julian Brzuchowski z Warszawy
Bramki
Tadeusz Legutko 1'



1:0
1:1
1:2
1:3

44' Stanisław Różankowski
45' Czesław Strąk Szeliga
74' Stanisław Różankowski
Wisła Kraków
3-2-5
Jerzy Jurowicz
Tadeusz Kubik
Stanisław Flanek
Michał Filek
Tadeusz Legutko
Jan Wapiennik
Kazimierz Cisowski
Mieczysław Gracz
Józef Kohut
Mieczysław Rupa
Józef Mamoń

trener: Josef Kuchynka
Cracovia
2-3-5
Henryk Rybicki
Kazimierz Kaszuba
Władysław Gędłek
Tadeusz Glimas
Edward Jabłoński
Marian Jabłoński
Ludwik Poświat
Stanisław Różankowski
Eugeniusz Różankowski
Julian Radoń
Czesław Strąk Szeliga

trener: Stanisław Malczyk

O Wiśle Kraków czytaj także w oficjalnym serwisie Przeglądu Sportowego - Sports.pl

„Dziennik Polski” nr 329, 330, 332, 333 anons, 335 relacja.

Spis treści

Przedmeczowe komentarze

Przegląd Sportowy nr. 101 / 29 listopada 1948 / strona 1:

Tylko w Krakowie powinien odbyć się mecz decydujący


Jak naogół przewidywano, wielki wyścig czołowych klubów krakowskich zakończył się ex aequo : Cracovia i Wisła równocześnie przerwały taśmę metową. Zwycięstwo Wisły z Rymerem przy równoczesnej wygranej Cracovii z Garbarnią pozostawiło układ tabeli niezmieniony. Znaczy to, że na dwu pierwszych miejscach mamy dwie krakowskie drużyny o równej ilości punktów. W myśl nowego regulaminu o pierwszeństwie, nie decyduje stosunek bramek, lecz trzeci mecz!

Fakt, że zostanie on rozegrany przez dwu odwiecznych rywali, dodaje mu specjalnego uroku i można sobie wyobrazić, jakie napięcie panuje dzisiaj już w całym Krakowie, podzielonym, jak za najdawniejszych lat, na dwa obozy. W takim wypadku bowiem nawet zwolennicy innych klubów podwawelskich mają swoje sympatie i biorą żywy udział w losach i perypetiach Wisły czy Cracovii. Przed Polskim Związkiem Piłki Nożnej stoi obecnie zagadnienie, gdzie przeprowadzić trzecie decydujące spotkanie?

Zdaniem naszym istnieje jedna tylko miejscowość, a jest nią K R A K Ó W! Entuzjastom piłkarskim grodu podwawelskiego należy się końcowa uczta. Mają oni prawo do tego, by stać się świadkami decydującej walki.

Za Krakowem przemawiają jednak nie tylko względy uczuciowe. Zawody odbędą się pod egidą i na rachunek PZPN-u. Nie widzimy sensu ani celu, by wozić dwa komplety drużyn poza Kraków, płacić za utrzymanie, hotele, przejazdy z ty, że mecz nie wywoła nigdzie tak wielkiego rezonansu, jak w Krakowie. Nie łudźmy się, ani Warszawa, ani Łódź, ani żadne inne miasto w Polsce nie rozpali się do białości. A jeśli jeszcze nie dopisze pogoda, finałowy mecz, decydujący o tytule mistrza Polski, rozegrany zostanie przy pustawej widowni, bez odpowiedniego nastroju i tła, na jaki zasługuje tego rodzaju impreza.

Przepisy mówią - jak słusznie zauważył wiceprezes PZPN płk. Minecki - że mecz musi się odbyć na neutralnym boisku. Boiskiem takim jest stadion Garbarni. Idziemy jednak dalej. Ponieważ stadion Garbarnii nie jest tak chłonny jak Cracovii czy Wisły, wydaje nam się, że nie było by żadnego nieszczęścia, gdyby za zgodą obu zainteresowanych klubów, mecz rozegrano zamiast na Garbarnii na jednym ze wspomnianych boisk. Zawodnicy Wisły znają równie dobrze pole gry Cracovii, jak i odwrotnie. Nie będzie więc to dla nikogo handicapem.

Jest to naturalnie nasza prywatna opinia, która znajdzie na pewno poklask u zwolenników piłkarstwa w Krakowie, decyzja spoczywa w ręku zainteresowanych klubów, które powinny by jednak liczyć się ze swoimi wiernymi trabantami i ułatwić jak największej ilości możność przypatrzenia się zawodom. Można by ostatecznie - za zgodą Cracovii i Wisły - przeprowadzić losowanie. Wydaje nam się, że na tym tle nie będzie żadnych sporów, a tak czy inaczej mecz decydujący powinien odbyć się tylko w K R A K O W I E!

Analiza drużyn i ich wartości

Przegląd Sportowy nr. 102 / 2 grudnia 1948 / strona 2

Analiza drużyn i ich wartości

Cracovia - Wisła! Ileż to razy okrzyk ten emocjonował masy piłkarskie Polski. Ile razy wprawiał w trans gród podwawelski, gdzie nazwy te są symbolem samym dla siebie!

Rywalizacja Cracovii z Wisłą ma tyle lat, ile liczy sport krakowski. Historycy zrobić zapewne poprawki, stwierdzą, że przecież istnieją różnice w datach urodzeń, ale panowie profesorowie zechcą nam wybaczyć niezupełną ścisłość. Dla nas piłka nożna krakowska to przede wszystkim: Cracovia i Wisła.

Pamiętamy je z czasów, gdy Kałuża pętał się jeszcze po Błoniach, a Reymanom śniły się piękne sny o zaszczytnej koszulce pierwszej gwiaździstej drużyny. Pamiętamy groźnych Singerów, Synowców, Cepurskich, Szubertów. Pamiętamy zacięte czwórboje między pra-rdzeniem polskiego piłkarstwa: Czarnymi, Pogonią, Cracovią i Wisłą. Wspominamy o nich z sentymentem i łezką, jak to dzieje się, gdy myśli cofają się do lat wczesnej młodości.

Toteż nawet dla "starych wrogów" krakowskiego piłkarstwa jest dzień niedzielny, w którym zadecydują się losy pierwszego po wojnie "prawdziwego" mistrzostwa - wielkim ewenementem. Tym większym, że znając doskonale podłoże, wczuwamy się w nastroje Krakowa, wczuwamy się w gorączkową atmosferę, która w tej chwili na kilkadziesiąt godzin przed decydującym bojem z nadmiaru podniecenia zastyga w pozornym bezruchu.

Jeśli korespondent nasz tłumaczy się, że trudno mu było wydostać oświadczenia ze strony bezpośrednio zainteresowanych w niedzielnej akcji - to rozumiemy go bardzo dobrze. Zarówno bowiem Cracovia jak i Wisła zdają sobie sprawę, że nie czas na wielkie słowa i zapowiedzi. Na boisku przyjdzie pokazać co kto umie i co jest wart.

Żałujemy, że sugestia nasza, by mecz rozegrano na jednym z większych stadionów krakowskich nie znalazła oddźwięku. Zainteresowane kluby nie miały po prostu odwagi. Kierownicy nie chcieli zapewne, by w razie niepowodzenia spotkał ich zarzut, iż zgodą na ewentualny wybór boiska przeciwnika pogorszyli sytuację. W rezultacie więc tłumy amatorów piłkarskich pielgrzymować będą w niedziele do Ludwinowa, gdzie siedzibę swą ma Garbarnia. Nie będzie tam tyle miejsca, jak na Cracovii czy Wiśle, ale i tak żadne z boisk krakowskich nie zmieściłoby wszystkich chętnych i ciekawych.

DALEKO POZA KRAKÓW

Zainteresowanie meczem niedzielnym nie ogranicza się jedynie do Krakowa i najbliższej okolicy! Obie drużyny podwawelskie mają zbyt starą tradycję, by nie zdołały do tej pory zwerbować sobie zwolenników czy też i wrogów poza granicami rodzinnego miasta. Pamiętamy na przykład z jaką zaciętością walczyła z Cracovią - Legia, w której składzie roi się od niewarszawskiego elementu. Była w tym nie tylko ambicja pokonania czołowego zespołu ale i chęć przysłużenia się jej głównemu przeciwnikowi. Również widownia warszawska podzieliła się wówczas na dwa stronnictwa. Nie brak było widzów, którzy szczerze życzyli zwycięstwa gościom z uwagi na sympatię, jakimi Cracovia i jej szkoła cieszyła się w stolicy w dawniejszych latach. Co przyniesie nam niedziela? w Krakowi podobno zakłady stoją 10:3 dla Cracovii.

I to nas nie dziwi! Biało-czerwoni mieli w rodzinnym grodzie zawsze więcej popleczników, niż Wisła. Jeśli w ostatnich latach przed wojną nastąpiło pewne przesunięcie, to jednak "stary Kraków" w większości swej opowiada się za Cracovią. A poza tym działa sugestia. Cracovia nawet w złych okresach, gdy szło o walkę z "odwiecznym" wrogiem wylatywała ponad poziomy, cóż więc w chwili obecnej, gdy miedzy przeciwnikami nie widać żadnej rozpiętości w klasie i umiejętnościach. Być może, że wspomnienia dawnych czasów mają wpływ i na nasze rozważania, postaramy się jednak co szybciej uwolnić spod sugestii i rozważyć sprawę na zimno.

Analiza możliwości nie jest łatwa. Cracovia, jak wynika z zamieszczonej na innym miejscu statystyki, grała cały rok bardzo równo. Wisła może temu przeciwstawić wspaniały ciąg w drugiej serii gier, kiedy to szła od zwycięstwa do zwycięstwa. Zahamowanie się w Łodzi i ciężki bój w Rybniku były zapewne następstwem zbytnio rozegranych nerwów.

Nerwy i tym razem nie pozostaną bez wpływu, ale ucierpią od nich obie strony, toteż wynik? zależeć będzie od tego, kto pierwszy otrząśnie się z niebezpiecznej psychozy.

BRAK A MOŻE I.... NIE?

Cracovia grała w drugiej rundzie mniej efektownie, ma jednak na swoje usprawiedliwienie brak najlepszego zawodnika, jakim jest - Parpan. Wyda się teraz paradoksem, jeśli powiemy, że kto wie, czy nieobecność Parpana nie jest korzystną? Sympatyczny wielkolud krakowski obok wielkich zalet, posiada i pewną wadę. Jest nią nerwowość, wynikająca z wielkiego przejęcia się zadaniem. W meczu niedzielnym nerwy muszą być utrzymane na wodzy, gdyż mogą one bardziej zaszkodzić niż... niedokładny passing.

Ale przejdźmy do strony technicznej. Przeprowadzenie paraleli jest o tyle utrudnione, że drużyny konspirują skład. Tyczy się to raczej Cracovii, gdyż Wisła zdecydowana jest podobno wystąpić w zestawieniu z Rybnika. Ponieważ jednak i w obozie Cracovii domagają się zachowania ustawienia z meczu z Garbarnią, więc też przy przeprowadzeniu porównań postaramy się oprzeć na tej właśnie bazie.

PORÓWNUJEMY

Rybicki zajął w ostatnich meczach miejsce Hymczaka, gdyż temu ostatniemu nie dopisywały nerwy. Rybicki potrafi grać tak, by żadna piłka nie weszła do bramki, potrafi jednak w nieoczekiwanym momencie zawieść. Jurowicz po przeciwnej stronie należy również do zawodników, przeżywających każdy mecz, niemniej jednak umie się na boisku opanować i gdy przełamie początkową tremę - gra pewnie. W tym wypadku siły byłby więc równe.

Gdyby Cracovia dysponowała trójką obronną: Gędłek, Parpan, Glimas przyznalibyśmy jej pewną przewagę nad triem Kubik, Legutko, Filek. Kaszuba zastępujący Gędłka spisuje się wprawdzie zupełnie dobrze i rokuje nadzieje na przyszłość, jednak Gędłek jako środkowy pomocnik nie posiada kwalifikacji Parpana, a zapewne i nie Jabłońskiego. I, Myśli on przede wszystkim o rozbijaniu ataków, nie pamięta natomiast o piłkach przydatnych dla formacji ofensywnych. Dlatego też wydaje nam się, że i na tej pozycji siły są mniej więcej równe.

Gdy chodzi o bocznych pomocników, to pierwszeństwo przyznalibyśmy starszemu Jabłońskiemu dla rutyny i zalet konstruktywnych. Ale Wapiennik i Filek powinni i w tym wypadku zrównoważyć siły przeciwnika tak, że i w trzeciej z kolei formacji należało by liczyć na "równość".

PUNKT CIĘŻKOŚCI

Jak więc widać, decydująca rola przypada liniom ofensywnym. Atak Cracovii widzieliśmy pięciokrotnie. W twardym nieustępliwym boju, a taki właśnie będzie w niedzielę, nie zawsze umiał zdobyć się na energię konieczną w walce o punkty. Atak Cracovii ma na sumieniu wiele grzechów, toteż gdy chodzi o skuteczność, ustępuje on Wiśle, w której szeregach znajduje się tak wybitna indywidualność jak Gracz, gdzie hasa po polu niebezpieczny przebojowiec i strzelec Kohut. 86 strzelonych przez Wisłę bramek ma swoją wymowę, toteż gdy chodzi o linię napadu, więcej zaufania wzbudza ta spod znaku "białej gwiazdy".

Problem tkwi więc w tym, czy defensywa Cracovii potrafi utrzymać w ryzach napastników Wisła i znaleźć jeszcze dość sił, by skutecznie wesprzeć własny atak. Napad biało-czerwonych skazany bowiem na operację, oderwane od silnej bazy, nie da sobie rady.

W powyższej ocenie brane są pod uwagę jedynie walory materialne. Pamiętamy naturalnie o składnikach psychicznych, które w takim wypadku odegrać mogą decydującą rolę, podobnie jak i szczęśliwy przypadek.

Tak czy inaczej, ostatni bój będzie najcięższy. Chcielibyśmy jedynie by toczył się w granicach przyzwoitych i prawdziwie sportowych. Zarówno zawodnicy, jak i widownia pamiętać muszą przez cały czas, że w grze sportowej klasyfikować należy nie tylko suchy wynik, ale i morale. Mamy niepłonną nadzieję, że mecz o najwyższą godność polskiego piłkarstwa, rozegrany zostanie w ramach, godnych tak wielkiej i zaszczytnej imprezy.

Przedmeczowe przygotowania

Przegląd Sportowy nr. 102 / 2 grudnia 1948 / strona 5:

Ostatecznie na boisku Garbarni rozstrzygną się losy mistrzostwa

We wtorek rano ustalili delegaci zarządów Cracovii i Wisły na wspólnej konferencji pod przew. prezesa KOPZN, Filipkiewicza, że terenem rozstrzygającego meczu będzie neutralny stadion Garbarnii. Przedstawiciele klubów w osobach: prez. dra Orzelskiego, prez. Paudyna i Voigta oraz dyr. Żura i Dziubanowskiego wyrazili radość, że nie valkovery i inne "regulaminowe interpretacje", ale właśnie "walka wręcz" rozstrzygnie o najbardziej zaszczytnym tytule. Mecz Cracovia - Wisła nie będzie reklamowany afiszami. Bo i po co? Nie ma w Krakowie stadionu, który by mógł pomieścić wszystkich chętnych widzów. W kilka godzin po ustaleniu "miejsca walki" napłynęły do Krakowa poważne zamówienia na bilety z bliskiej i dalszej prowincji od Szczakowej począwszy a na Rzeszowie skończywszy, a gdzie umieścić przeszło 20-tysięczną rzeszę krakowskich zwolenników piłki nożnej?

WŚRÓD AKTORÓW SPOTKANIA

Do 3-ciej w tym roku "świętej wojny" przygotowują się "wrogie obozy" z całą starannością. Mimo bolesnych kontuzyj, odniesionych w Rybniku, część jedenastki Wisły (z uwagi na zajęcia zawodowe) trenowała we wtorek przed południem. Reszta ( za wyjątkiem Gracza, któremu lekarz nakazał pauzowanie do czwartku) odbywała po południu swą powinność pod okiem Kuchynki. W tym samym czasie na pobliskim stadionie Cracovii ćwiczono z równym zapałem i starannością. Tu szeregi były mniej liczne, gdyż poza usprawiedliwioną nieobecnością Jabłońskiego i Rybnickiego brak było obu "Myśleniczan" (Rożankowscy). Nieobecność (1-go: Gienka) stała się przedmiotem troski całego zespołu, a specjalnie kapitana drużyny E. Jabłońskiego.

- Chcieliśmy - mówi - w tak ważnym spotkaniu wzmocnić ofensywę rutynowanym i bojowym napastnikiem. Cóż z tego jednak, kiedy z Gienkiem trudno poradzić - nie trenuje. Wydaje się więc, że zostaniemy w tym zestawieniu, co przeciw Garbarni.

Nastrój w obu obozach jest poważny. Po raz pierwszy chyba tak na ogół skorzy do chełpliwości piłkarze nie "odgryzają się"; "my im pokażemy". Wypowiedzi co do ew. wyniku są skromne powściągliwe i nacechowane dużą dozą ostrożności. Mówi się raczej o konieczności "dogrywki: w wypadku braku rozstrzygnięcia. Zarówno Wiślacy jak i ich rywal doceniają wagę spotkania i... przeciwnika. I jedna i druga strona cieszy się, że o tym "kto lepszy" zadecyduje bezpośrednie starcie.

Czarny łącznik Wisły jeszcze przed meczem w Rybniku wyraził się, iż jego najgorętszym marzeniem jest..., decydujący mecz z... "pasiakami" (od koszulek Cracovii w pasy). Przeciwny obóz nazywa znów Wisłę "gwiazdorami" (od białej gwiazdy na czerwonym polu).

CO MÓWIĄ "KIBICE"?

W chwilowym zaniemówieniu z radości "że jednak w Krakowie" rzucono się najpierw do statystyki. A więc: Wisła już grała raz finał na neutralnym terenie ( z Pogonią w 1924r. w Warszawie). I przegrała - cieszą się zwolennicy Cracovii. - A więc teraz kolei na wygraną - odpowiadają sympatycy Wisły. A jak było dotąd - ilekroć grano na Garbarni? To nieważne... bo oto Gracz zapewnia, że gdyby mecz ten (oczywiście za zgodą obu klubów) zrobić na stadionie Wisły - to wówczas w nocy przed meczem zwolennicy Cracovii porobili by na stadionie "rowy przeciwlotnicze", byle tylko nie dać handicapu "wrogowi".

I na odwrót całe szczęście że mamy wiec Garbarnię - dodaje popularny internacjonał - jaka szkoda, że nie zdołała ona utrzymać się w I lidze!

Kto ma lepsze szanse? W grudniu wygrywała dotąd Wisła - ale znów Wisła grała ostatnio gorzej, a Cracovia w ub. niedzielę wzniosła się na wyżyny. Miejmy nadzieję, że w niedzielę obie drużyny zagrają jako powinien grać mistrz i wice-mistrz ligi - a szanse - stwierdzimy, że są idealnie równe. Inne "grono kibiców" jest zdania, że ta strona, która rano przegra na boisku "odbije to sobie" wieczorem na... ringu (choć rym do "boiska" jest inny). Zapowiedziane bowiem na sobotę zawody bokserskie Cracovia - Wisła przełożono na niedzielę. Obie ósemki wystąpią w swych najsilniejszych składach, boć przecież stawką jest tu znów tytuł moralnego mistrza.


Relacje meczowe

Nadzwyczajny Dziennik Krakowa 1948 strona 7:

Cracovia mistrzem Polski

Doczekaliśmy się wreszcie na zdobywcę tytułu mistrza Polski na rok 1948. Został nim Związkowy Klub Sportowy Cracovia. Zwyciężył on w decydującym spotkaniu, które odbyło się w niedzielę 5 grudnia br. Na neutralnym boisku Garbarni swego najgroźniejszego rywala Wisłę 3:1

Walka godna rywali

Cracovia – Wisła 3:1 (2:1)

Dzwonki, syreny automobilowe, a nawet proporce klubowe wśród 20 tysięcznej publiczności zebranej już na 15 minut przed rozpoczęciem meczu oddawały nastrój bardziej „mikołajowy” niż niepewność zagorzałych kibiców 2 najstarszych drużyn krakowskich, oczekujących w zdenerwowaniu na wynik spotkania, który miał decydować o tym kto będzie mistrzem piłkarskim Polski na rok 1948.

Mimo tak spóźnionego sezonu mecz nie był pokazem schyłkowej formy i dostarczył wiele emocji widzom. Gra była żywa zacięta a wszelkie (niestety i takie były) zakusy ostrej i brutalnej gry hamowane w porę przez sędziego Brzuchowskiego nie zaćmiły wrażenia spotkania o tytuł mistrzowski.

Zwolennicy obu drużyn przeżyli w czasie meczu chwile radości i trwogi o wynik bowiem już pierwsza minuta przyniosła prowadzenie dla Wisły ze strzału Legutki po podaniu Gracza do tyłu. Jak niemiłą niespodzianka była ta pierwsza minuta dla „Cracoviaków” o tym mogli się przekonać sympatycy Wisły na minutę przed końcem pierwszej połowy przeżywając podobnie ciężkie uczucie, gdy Rożankowski II piękną główką z centry Poświata uzyskał wyrównanie, a w kilkadziesiąt sekund później Szeląga prowadzenie.

Druga połowa meczu rozpoczynająca się zdecydowaną przewagą Wisły w rezultacie przynosi w 29 min utratę dalszej bramki po strzale Różankowskiego II i mimo największych usiłowań ataku Wisły kończy się bez zmiany wyniku.

Drużyna mistrza Polski Cracovii wystąpiła do tego emu w składzie silnie zmienionym o ile nie pod względem personalnym to pod względem zestawienia ataku. Tym razem na prawym skrzydle pokazał swe umiejętności Poświat, obok niego na łączniku grał Różankowski I na skrzydle Szeląga. W ten sposób zestawiony atak wykazał wiele przebojowości i nawet dość dużą ilość strzałów. Najlepszy był Różankowski II nie tylko jako zdobywca 2 bramek, lecz także jako gracz w polu, dobrze współdziałający z resztą napadu. Poświat jako skrzydłowy pokazał kilka ładnych dośrodkowań, niestety prócz przebojowości zdradza mimo młodego wieku skłonność do faulowania – nawet o zgrozo bez piłki. Szeląga wykazał dobrą kondycje do końca meczu natomiast Radoń częściej się przewracał niż by to usprawiedliwiał śliski zmarznięty teren, toteż rzadko wychodził z pojedynków górą. Pomoc Cracovii mimo braku Parpana działa doskonale. Należy podkreślić wielką pracowitość braci Jabłońskich ale zaciętość z jaką walczyli o piłkę nie zawsze była „fair” Jabłoński II dał co prawda co prawda po przerwie złośliwą „nauczkę” dobrego zachowania Graczowi, który go sfaulował podając mu pierwszy rękę na zgodę – czego sędzia skrupulatnie dopilnował – jednak dbając tak o dobre maniery powinien i spojrzeć na swego brata i po bratersku mu doradzić zaprzestania faulów. Liczymy na to, że w przyszłym sezonie będzie to mistrzów zobowiązywało. Gędłek w środku spisał się dobrze. W obronie Glimas pokazał doskonałą formę choć i Kaszuba nie zawiódł. W bramce Rybicki miał ładne momenty obrony, jednak ryzykowne wypady z bramki mogły przynieść w rezultacie więcej złego niż dobrego. Powinien też wyrazić podziękowanie za doskonałą obronę Jabłońskiego I – który uratował jedną bramkę broniąc ciałem celny strzał Koguta.

Drużyna wicemistrza Polski zagrała słabiej niż się tego ogólnie nawet w obozie Cracovii spodziewano. Zawiódł przede wszystkim atak, który mimo okresów silnej przewagi, zwłaszcza w drugiej połowie nie potrafił zdobyć bramki. – (Jedyna bramka padła ze strzału pomocnika Legutki). Największe okazje miał bardzo słabo grający Kogut. Gracz był zbyt troskliwie pilnowany a reszta ataku nie mogła się uporać z defensywą Cracovii. W drugiej połowie przejawiło się to w ostrzejszej grze Gracza i Mamonia Sędzia jednak wyprzedzał intencje zawodników. Legutko wykazał swe umiejętności nie tylko jako pomocnik, ale i – jako strzelec – decydując się przytomnie na daleki strzał, który przyniósł pierwszą bramkę. I Filek I i Wapiennik mieli ciężkie zadanie z lotnym atakiem Cracovii, zmieniającym pozycje w czasie gry flanek i Kubik dobrze ubezpieczali Jurowicza. Pierwsza bramka była nie do obrony , przy drugiej pomogło natomiast śliskie boisko ułatwiając zadanie Szelidze. Ostatnia bramka mimo, że strzał nie był ostry, padła w zamieszaniu. Natomiast tylko szczęście uratowało Jurowicza gdy Radoń strzelał w kierunku pustej bramki. Piłka poszła w aut, ale bramkarza nie było na miejscu.

Mecz należał do interesujących i należy życzyć obu drużynom by w przyszłym sezonie wykazały swe umiejętności, pogłębione wytrwałą zaprawą zimową, walcząc równie szlachetnie o prymat piłkarstwa. (Zim)

(„Dziennik Polski” – 7 grudnia)


Przegląd Sportowy nr 103/1948, str. 1:

Wisła zdobyła wicemistrzostwo

Red. T. Maliszewski telefonuje z Krakowa:

Decydujący, trzeci mecz o mistrzostwo Ligi Państwowej w piłce nożnej w r. 1948 Cracovia – Wisła 3:1 (2:1). Spotkanie rozegrano w Krakowie na boisku Garbarni wobec 20.000 widzów. Sędzia główny inż. Brzuchowski z Warszawy. Składy drużyn:

Cracovia – Rybicki, Kaszuba, Glimas, Jabłoński I, Gendłek, Jabłoński II, Poświat, Różankowski II, Różankowski I, Radoń, Szeliga.

Wisła – Jurowicz, Kubik, Flanek, Filek, Legutko, Wapiennik, Cisowski, Gracz, Kohut, Rupa, Mamoń.

Życie jest najlepszym reżyserem, nawet w meczach piłkarskich. Najbardziej pomysłowy inscenizator Filmu Polskiego nie wpadłby zapewne na fabułę, jaka w rzeczywistości rozwinęła się dnia 5 grudnia 1948 r. przed oczyma widzów, zgromadzonych na stadionie Garbarni w dostojnym Krakowie. Nie zdołaliśmy się jeszcze oswoić należycie z aktorami spotkania, a już dramatyczny dwugwizd sędziego obwieścił wszem wobec, że Wisła wyprzedziła swego rywala o jedną bramkę. Zanotowaliśmy pierwszą minutę gry! Wpadki takie chodzą jeszcze po ludziach, ale trudniej byłoby znaleźć w pamięci fakt, by na 60 sekund przed zakończeniem I-ej połowy nastąpiło wyrównanie i bezpośrednio po tym druga decydująca bramka dla Cracovii!


Nazywamy ją „decydującą”, gdyż nie ulega wątpliwości, że szok, który spotkał Wisłę, strąconą w najmniej oczekiwanym momencie ze zwycięskiego piedestału pozostawił ślady na dalszej jej grze, jak z drugiej strony miała wyraźny wpływ na nastrój Cracovii, przeobrażonej niby za dotknięciem czarodziejskiej różyczki ze sponiewieranego Kopciuszka w posażną królewnę. Tak przedstawiałoby się w grubych zarysach psychologiczne podłoże, z którego wyrosła jeszcze trzecia ramka i ostateczne zwycięstwo.

Nie ulega wątpliwości, że Krakowowi należał się finał, jak należy mu się słusznie pierwsze i drugie miejsce w polskim piłkarstwie. Należy mu się za kulturę gry, z jaką trudno spotkać się w którymkolwiek innym z naszych środowisk. Decydujący mecz o tytuł mistrza - to nie przelewki. W takim przypadku wolno zawodnikom nie panować całkowicie nad nerwami. Wolno im w ferworze dramatycznej walki obniżyć wartości stylowe. Jeśli mimo to mecz był nie tylko walką, ale i grą, to tym większa zasługa aktorów i tym większe należy się im uznanie.

Było to bezsprzecznie jedno z lepszych widowisk, z jakimi spotkaliśmy się w bieżącym roku, to też ci, którzy stali się jego świadkami, nie mieli powodów do narzekań.

Abstrahujemy naturalnie od osobistego ustosunkowania się do jednej, czy drugiej drużyny. Obiektywnie stwierdzić należy, że gra była interesująca i przeważnie na zadowalającym poziomie. Należy też stwierdzić, że zwycięstwo Cracovii było całkowicie zasłużone, ponieważ… wszystkie teoretyczne obliczenia nie wytrzymały konfrontacji z życiem.

ATAK WISŁY ZAWODZI

Bramkostrzelny atak Wisły, który miał odegrać decydująca rolę okazał się tym razem bronią mocno wyszczerbioną, to też nawet jedna bramka była dziełem pomocnika Legutki. Z drugiej strony napad białoczerwonych, o którym pisało się na podstawie dotychczasowych doświadczeń, że cierpi na anemię i brak temperamentu, tryskał zdrowiem i bojowością. A ponieważ formacje defensywne Cracovii, jak się spodziewano , były nie tylko dobre, ale znacznie lepsze, niż Wisły, więc też nikogo nie zdziwił ostateczny rezultat.

Nie należy jednak upraszczać sobie krytyki. To, co napisaliśmy powyżej, nie obowiązuje całego meczu. Były w nim bowiem okresy odbiegające od powyższych faktów, a to przede wszystkim w pierwszej części gry. W okresie tym napad Cracovii bynajmniej nie wzbudzał zaufania. Miał w prawdzie szereg pięknych zagrań, jednak nie zanosiło się na to, by z maki tej był chleb. Grano więcej wszerz , niż do przodu, to też gdy zbliżał się moment, w którym należało gotować się do strzału, dobrze blokująca – w okresie tym – defensywa Wisły była niemal zawsze na miejscu i Jurowicz nie miał okazji do rozgrzewki.

Dalszy ciąg relacji z meczu Cracovia – Wisła w oświetleniu red. red. T. Maliszewskiego, S. Habzdy i S. Sieniarskiego na str. 2-ej i 5-ej.

Finał wielkiej gry w Krakowie


(dokończenie ze str. I-ej)

Zaryzykujemy nawet stwierdzenie, że w czasie tym Cracovia była może w sumie więcej przy piłce, lecz lepiej prezentowała się Wisła. Słyszymy w tym momencie protesty widzów, którzy zazwyczaj pamiętają tylko końcówkę. Otóż prosimy uprzejmie przypomnieć pierwsze 30, a może i więcej minut, kiedy to Wiślacy operowali przeważnie prostopadłymi wystawieniami, tak, że każde podejście napadu do przodu wywoływało poważny stan zagrożenia, tym bardziej, że nie żałowano mocnych, dalekich strzałów. W okresie tym Wisła robiła wrażenie zespołu bardziej jednolitego, gdyż łącznicy szli głęboko w tył, tak, że między liniami istniała stała łączność, w przeciwieństwie do Cracovii, gdzie częstokroć zapominano o dokładnym kryciu, a panowie łącznicy nie bardzo mieli ochotę wspierać tylną straż. To też zaczęliśmy się już poważnie liczyć z tym, że Cracovia będzie grać – a wygra Wisła.

ZWROTNY MOMENT GRY

44-a minuta ze wspaniałą główką Różankowskiego II i kilkanaście następnych sekund, w których rozanimowany ten gracz wyprowadził piłkę do przodu, zmylił obrońcę, podał do Szeligi, który przytomnie płasko strzelił – zmieniły całkowicie sytuację. Nie tylko pod względem cyfrowym. Po przerwie były w prawdzie okresy martwe, kiedy to piłka wędrowała po autach, jednak Cracovia zmieniła się teraz całkowicie. Napastnicy nabrali wiary we własne siły i rozochocili się. Obok pięknych dla oka zagrań, widzieliśmy teraz zdecydowane solowe przeboje w momentach, w których zasady piłkarskie nakazują właśnie to, a nic innego.

Defensywa Wisły nie wytrzymała naporu, popełniała coraz więcej błędów, kruszyła się i w rezultacie padła trzecia bramka. Wprawdzie Wiślacy, nie mając nic do stracenia, rzucali się chwilami szaleńczo naprzód, odsłaniając własną bramkę, ale wobec skonsolidowanej gry przeciwnika, którego pomoc i obrona mogła już teraz liczyć na sukurs ze strony cofających się napastników, nie było szans na zmianę wyniku. Jedyną, bardzo realną unicestwił Jabłoński I, kiedy to przytomną główką wybił piłkę z linii bramkowej.

JABŁOŃSKI I-SZY NA PIĄTKĘ

Jabłoński I był pierwszym bohaterem spotkania. Walczył twardo, nieustępliwie, mądrze i w gorących momentach widzieliśmy go pod własną bramką, by za chwile znów ze środka pola dawać inicjatywę akcji ofensywnej. Młodszy jego brat był mniej błyskotliwy, jednak również wywiązał się dobrze ze swego zadania.

Pochwała należy się Glimasowi, który dobrze się ustawiał, dobrze chodził i miał ładny wykop. Gendłek początkowo jakby hamował się, ale po kilkunastu minutach widzieliśmy go coraz wyraźniej, zaczął wygrywać pojedynki głową i dłuższymi podaniami wspierać pierwszą linię. Kaszubie początkowo trudno było zaaklimatyzować się na ciężkim boisku. Stąd i kilka kiksów, które nie miały na szczęście przykrych konsekwencji. Później nie dawał powodów do narzekań. O dwóch obliczach napadów Cracovii pisaliśmy już. Początkowo miało się pretensje do Różankowskiego II, że nie przykłada się na 100 procent, nie idzie za każdą piłką i nie cofa się. Zasługi jego były jednak później tak wielkie, że zmazały one wszystkie grzechy.

WIELKI TALENT RÓŻANKOWSKIEGO II

Różnakowski II jest bezsprzecznie wielkim talentem, posiada wszelkie dane, by znaleźć się w czołówce naszych piłkarzy. Główka była majstersztykiem, trzecia bramka była niemal jego indywidualną zasługą, gdyż otrzymawszy piłkę w tłoku, przejechał dwu przeciwników i przytomnie strzelił. Okazało się, że Różankowskiego stać na energię, której oczekujemy w przyszłości w pełnym wydaniu.

Kierownictwo napadu Cracovii spoczęło w ręku Różankowskiego I. Pociągnięcie było dobre. Jest to zawodnik o poważnych kwalifikacjach technicznych i wspaniałych warunkach fizycznych przy czym błyskawicznie orientuje się i jest dostatecznie szybki. Wraz z bratem był jednym z głównych współtwórców zwycięstwa.

Radoń dobrze się doń dostosował, to też trójka ta tworzyła najlepszą część napadu. Skrzydłowi prezentowali się słabiej, mimo to jednak mieli współudział w bramkach. Pierwsza padła z precyzyjnej centry Poświata, drugą zdobył osobiście Szeliga, który w polu nie zawsze był dostatecznie szybki, zarówno w ruchach, jak i w reakcji. Podobne błędy zdarzały się Poświatowi. Rybicki miał więcej trudnych interwencji, niż Jurowicz. Wywiązał się z zadania dobrze. Przy lepszym ustawieniu się, mógłby ewentualnie zapobiec bramce, być może jednak, że miał zasłoniętą widoczność. W sumie Cracovia była bez wyraźnie słabych punktów, szczególnie od czasu, gdy przyzwyczaiła się do trudnego boiska i zaczęła lepiej trzymać się na nogach.

JEDYNY NAPASTNIK WISŁY – GRACZ

Wisła postanowiła zaskoczyć Cracovię taktyką. Po pierwsze więc przerzucono Gracza na lewego łącznika chyba po to, by ścierał się w ciężkich pojedynkach z doskonale usposobionym jabłońskim I. Gracz był najlepszym i… jedynym napastnikiem Gwiaździstej. Pracował ze trzech. Czarną czuprynę widzieliśmy pod jedną i pod drugą bramką. Niestety, tym razem nie miał partnerów.

Kohut poza pierwszymi minutami, w których zademonstrował kilka niebezpiecznych ucieczek i ostrych, nie zawsze celnych strzałów, później całkowicie znikł. Trudno nam było również dostrzec Rupę. Cisowski był w I połowie nawet dość agresywny, nie czekał na piłkę, lecz sam po nią chodził, później jednak rzucał się mniej w oczy. Mamoniem początkowo mało grano, kładąc nacisk na prawą stronę. Gdy dostał piłkę, stwarzał niejednokrotnie zamieszanie. W sumie był jednak chaotyczny. Tak więc napad Wisły, operujący nieźle jeszcze w pierwszych 30 minutach, później jako całość niemal nie istniał.

ZŁE POCIĄGNIĘCIE TAKTYCZNE

Drugim pociągnięciem taktycznym było zablokowanie centrum pola. Polegało ono nie tylko na cofnięciu Legutki na trzeciego obrońcę, ale i ściągnięciu obu obrońców do środka z tym, że opiekę nad skrzydłowymi Cracovii zostawiono bocznym pomocnikom.

Była więc to kombinacja nowego systemu ze starym. Teoretycznie uzasadnienie miała ona w trafnej ocenie sił przeciwnika, gdzie najgroźniejszą mogła być trójka środkowa. Praktycznie nie dała efektu, ponieważ ani Legutko ani obydwaj obrońcy nie utrzymali powierzonych ich opiece zawodników Cracovii, a boczni pomocnicy, zmuszeni do operowania częstokroć w środku nie przykleili się, jak należy, do skrzydłowych.

Uwidoczniło się to najbardziej przy drugiej bramce, kiedy to Filek był gdzieś jeszcze z przodu, to też gdy Różankowski ściągnął na siebie obrońcę, Szeliga miał zupełnie wolne pole. Po przerwie Legutko przejął już w prawdzie na siebie obowiązki ofensywne, ale niewiele z tego wyszło, gdyż napad nie trzymał należycie piłek, a poza tym pomoc Cracovii była już wzmocniona cofającymi się napastnikami, co ułatwiało wprawdzie Wiśle przechodzenie do ofensywy, ale z minimalnymi szansami do strzałów.

LUKI W DEFENSYWIE

Jak wspomnieliśmy, blok defensywny Wisły działał właściwie do 44-ej minuty, później było coraz więcej luk zarówno z winy Filka i Wapiennika, jak i obrońców, a po części Legutki, który nie zawsze zdążał w porę do tyłu. Flanek wchodził energicznie, wykopy dobre, gdy piłka trafiła na właściwą nogę. Kubik niczym się nie wyróżniał. Obrońcy ustawiali się źle – w jednej linii. Do Jurowicza miano pretensje, bo wybiegł przy drugiej bramce. Jest to o tyle słuszne, że przy śliskim, ciężkim terenie każde wyjście z bramki było niebezpieczne. Być może, że pozostając w niej, obroniłby szanse, aczkolwiek niskie piłki nie są jego specjalnością. Zarówno przy pierwszej, jak i trzeciej bramce był bez winy.

Zawody prowadził inż. Brzuchowski z Warszawy, pod adresem którego skierowano parokrotnie protestujące okrzyki. Inż. Brzuchowski był drobiazgowy, jednak postawił sobie za zadanie absolutnie nie dopuścić do niebezpiecznej gry. Było to tym bardziej konieczne, że śliskie boisko i tak stwarzało niebezpieczeństwo kontuzji. W sumie wywiązał się dobrze ze swego zadania. W końcu należałoby jeszcze podkreślić sportowe stanowisko widowni KRAKOWSKIEJ, która wykazała, że zna się na piłce nożnej i umie właściwie określić wartość drużyn. Tadeusz Maliszewski


Przegląd Sportowy nr 103/1948, str. 2:

Biało – czerwoni i czerwoni

W ostatnim tegorocznym wielkim boju

Red. S. Habzda telefonuje z Krakowa:

Pierwsze kopnięcie i pierwsza bramka należą do Wisły. Po rozpoczęciu gry atak „czerwonych” idzie lewą stroną i Mamoń „zarabia” rzut wolny za faul, popełniony na swojej osobie przez Kaszubę. Egzekutorem wolnego jest Rupa. Podaje on wysoko łukiem do środka. Obrońcy Cracovii, naciskani przez Gracza, wybijają piłkę za krótko, przejmuje ją stojący tuż za linią pola karnego Legutko i strzela z daleka wolejem do siatki Cracovii. Zasłonięty trochę Rybicki, interweniuje bezskutecznie.

WISŁA PROWADZ 1:0

Wisła prowadzi po 80 sek. Gry 1:0, a jaj zwolennicy dają znać o sobie dzwonkami, wiwatowaniem i wzniesieniem w górę sztandaru o barwach klubowych. Wraz z chóralnym okrzykiem „Wisła, tempo!” suną dwa następne ataki na bramkę Cracovii, po czym w kontrnatarciu znajduje się Cracovia. Dobra centra Radonia nie zastaje jednak środkowej trójki na miejscu.

Rajd Cisowskiego, przerwany przez Glimasa i spalony Mamonia po jednaj stronie, a próba „ucieczki” przez Poświata po drugiej stronie, poprzedzają dłuższy pobyt piłki za boiskiem, dokąd powędrowała po wykopie Flanka. Piłka wraca po 2-minutowym oczekiwaniu i z kolei głos mają bramkarze: Rybicki wyłapuje w pięknym stylu centrę Cisowskiego i bezpośrednio po tym ostry strzał Mamonia, a Jurowicz „zapoznaje” się z piłką po strzale Różankowskiego II. Kohut, pilnowany pieczołowicie w środku przez Gendłka i S-ka próbuje „solówek” wzdłuż linii bocznych i wychodzi z piłką na wolne pole, ale nie może dojść do strzału. Dochodzą natomiast do strzałów i Poświat i Szeliga, ale strzały idą obok, względnie ponad bramką. Słaby strzał Gracza staje się łupem Rybickiego, po czym znów następuje „odpoczynek dla bramkarzy”, a akcje toczą się w obrębie do pól karnych.

EMOCJONUJĄCE CHWILE

Piękną akcję środkowej trójki Wisły kończy w 20-ej min. Kohut ostrym strzałem, obronionym przez Rybickiego. Błyskawiczny kontratak wprawia w dreszcz emocji zwolenników Cracovii, a sympatyków Wisły przyprawia o gwałtowne bicie serca: - oto Poświat strzela fałszem, biegnący zaś do piłki Jurowicz potyka się nagle na śliskim terenie, przyczym odnosi się wrażenie, że upadnie, a piłka ponad nim wpadnie do bramki. Jurowicz utrzymuje jednak równowagę, przez co Wisła utrzymuje w dalszym ciągu przewagę zdobytej na początku meczu bramki.

SERIA KORNERÓW

W chwilę potem zdobywa Wisła pierwszy rzut rożny, źle bity przez Cisowskiego, odpowiedzią Cracovii są 3 dalsze strzały Jabłońskich, schwytane pewnie przez bramkarza Wisły. Drugi rzut rożny, zdobyty przez Wisłę, mija również bez rezultatu, podobnie jak 3 kornery przeciw Wiśle. Doskonały przebój Mamonia w 30-ej min. i idealne podanie do Kohuta zamienia środkowy napastnik Wisły w… dalszy korner, przy którym klasę pokazuje Rybicki. Jurowicz nie pozostaje mu dłużny: bombę Poświata po akcji braci Różankowskich wybija on na korner, zdobywając zasłużone oklaski widowni. Wisła zdobywa w dalszym ciągu przewagę i w polu i w kornerach – gdy po akcji Mamonia skierowuje Kaszuba piłkę na korner, ale…

CRACOVIA WYRÓWNUJE I…

Nadchodzi moment przełomowy. Zegar wskazuje 43-tą minutę gry. Jabłoński II, odebrawszy piłkę Cisowskiemu, przechodzi z nią, mijając kolejno kilku przeciwników, na przeciwległą (prawą) stronę boiska; wystawia Poświata, który dobrze dośrodkowuje, a nadbiegający Różankowski II strzela z bliskiej odległości wyrównującą bramkę.

…ZA CHWILĘ PROWADZI 2:1

Jeszcze nie ucichły brawa, nagradzające ten sukces Cracovii, a na tablicy widnieje już 2:1, Oto autor wyrównania, zdobywszy piłkę na środku boiska, podprowadza ją – przy dość biernej postawie Wiślaczy – pod bramkę „czerwonych”, przerzuca na Szeligę, który strzela, a wybiegający ku lewoskrzydłowemu Cracovii Jurowicz nie jest już w stanie przeszkodzić, by piłka strzelona przez Szeligę, znalazła się po raz drugi w siatce Wisły. Jeszcze zryw Wisły, główka Gracza obok słupka i przerwa.

Po przerwie gra Wisła przez kilka chwil bez Mamonia. Cracovia z miejsca jest w natarciu, co powoduje, że Jurowicz jest dość często zatrudniony. Po wejściu Mamonia „czerwoni” są znów przy głosie i zdobywają następny rzut rożny, jednak żaden z napastników Wisły nie może dojść do swobodnego strzału. W 17-ej min. przebój Cisowskiego wstrzymuje dość obcesowo młodszy Jabłoński na polu karnym. Sędzia nie może jednak karać tego przewinienia aż rzutem karnym, toteż dyskretnie przymyka oczy.

LOS WISŁY PRZYPIECZĘTOWANY

Niedługo po tym piłka jest pod bramką Wisły, gdzie Różankowski II ubiega startujących „grupowo” bramkarza i obrońców przeciwnika, kierując piłkę do pustej bramki. 3:1. Do końca 17 minut. W tym czasie Cracovia wzmacnia swoją defensywę, ale mimo zmniejszonej liczby, na froncie jest ciągle groźna. Akcji podbramkowych jest jeszcze dość dużo. Bramkarz Cracovii wyłapuje strzały Gracza, Mamonia i Legutki – w obronie bomby Cisowskiego wyręcza go Jabłoński II, broniąc głowa już na linii bramkowej, Jurowicz zaś musi interweniować po akcjach Radonia i braci Różankowskich. Wisła zdobywa jeszcze jeden niewyzyskany korner, ale omal nie traci jeszcze jednaj bramki w przedostatniej minucie gry, gdy Radoń, korzystając ze zbyt dalekiego wyjścia Jurowicza, dopada przed nim piłki i strzela tuz obok słupka.

Pomeczowe komentarze

Przegląd Sportowy nr 103/1948, str. 2

W szatni zwycięzców i pokonanych


KRAKÓW, 5.12. (Tel. wł.) – Na ramionach wiernych sympatyków wędrowała zwycięska drużyna Cracovii do szatni w domku klubowym Garbarni. Tuż za nią, w mniejszej już asyście postępowali pokonani; mieli oni do pokonania jeszcze jedną przeszkodę, w postaci kilkunastu schodów, gdyż ich rywal – dzisiejszy triumfator, a od kilkunastu minut również mistrz Polski na rok 1948, zajął szatnię na dole.

Wchodzimy najpierw do szatni zwycięzców. Ogólna radość, gwar, podniecenie. Roześmiane i zadowolone twarze. Wzruszony do łez radca red. Grzybowski winszuje każdemu z zawodników z osobna, wymieniając serdeczne pocałunki. Zaczyna od kierownika sekcji piłkarskiej, płk. dra. Izdebskiego. Wzajemnie sobie winszują sukcesu, patrząc z dumą na jedenastkę, która nie zawiodła pokładanych w niej nadziei i do długiego pasma triumfów dorzuciła jeden z najcenniejszych, wywalczony na „odwiecznym” rywalu. - Kilka słów o meczu od aktorów spotkania i o… aktorach spotkania. – Proszę płk. Izdebskiego: - Jestem dumny i szczęśliwy. Podkreślam niesłychaną ambicję całej jedenastki, silną wolę zwycięstwa – zadowolony jestem z poziomu i z gry fair, za co również pochwalić muszę przeciwnika. I winszuję zarazem… korespondentowi „Przeglądu Sportowemu” (tu ukłon w moją stronę), że już w lutym tego roku przepowiedział tak trafnie czołówkę końcowej tabeli mistrzostw Ligi, „przeznaczając” Cracovii pierwsze, Wiśle drugie, a Ruchowi trzecie miejsce.

A oto słowa bohaterów spotkania (ułożę w porządku „drużynowym”):

RYBICKI: - Byłem trochę stremowany po pierwszej bramce, ale wiedziałem, że pójdzie dobrze. Maniek (Jabłoński II) wyręczył mnie w obronie trudnego strzału Cisowskiego. W ogóle – jak mogliśmy, tak wyręczaliśmy się nawzajem. Graliśmy jeden dla wszystkich i wszyscy dla jednego tak, jak się powinno grać w zespole.

KASZUBA: - Bardzo się cieszę, że w roku mojego debiutu w pierwszej drużynie udało mi się choć w części przyczynić do zdobycia tak zaszczytnego tytułu. Moi starsi koledzy służą mi zawsze doskonałymi radami. Jeśli ich słucham, to zawsze wychodzi mi to na dobre. Miałem dziś ciężką przeprawę, bo Gracz i Mamoń są doskonałymi piłkarzami, a przecież dałem sobie rade.

GLIMAS: - To był mecz wielkiego formatu. Graliśmy tak, jak wymagała tego stawka zawodów. Ofiarnie, ambitnie, z sercem i z wolą zwycięstwa. No i – zwyciężyliśmy!

JABŁOŃSKI I (EDWARD): (kapitan drużyny): - Chciałbym, aby w „Przeglądzie Sportowy,”, najbardziej obiektywnym i najbardziej rzeczowym piśmie sportowym podkreślono, iż „skazana na niemożność zdobycia mistrzostwa” przez niektórych redaktorów, mieniących się znawcami piłkarstwa, drużyna nasza właśnie to mistrzostwo zdobyła.

GENDŁEK: - A nie mówiłem w środę, że wygramy? Okazało się że miałem rację.

JABŁOŃSKI II (MARIAN): - Graliśmy, jak z nut. Wszyscy grali tym razem doskonale i choć musieliśmy odrabiać jedną bramkę, to jednak nie traciliśmy animuszu. Bardzo lubię mecze o wysoką stawkę.

POŚWIAT: - Cieszę się bardzo, że moi starsi koledzy są ze mnie dziś zadowoleni. Cieszę się również, że z mojego podania padła wyrównująca bramka.

RÓŻANKOWSKI II (Stanisław): - Dobrze się stało, że graliśmy obok siebie z Geńkiem. Grało się nam bardzo dobrze i mecz dzisiejszy uważam za jeden z najlepszych, jakie dotąd rozegraliśmy.

RÓZANKOWSKI I (Eugeniusz): - Fatalny był dla nas początek: pierwsza stracona bramka i ciągłe poślizgnięcia się na ciężkim terenie . Ale rozkręciliśmy się i wygraliśmy z zawsze najtrudniejszym dla nas przeciwnikiem.

RADOŃ: - Pamiętałem ciągle o wskazówkach taktycznych: jeśli będziemy prowadzić, to raczej grać w tyle. W drugiej połowie musiałem więc często wracać do tyłu. Ogromnie się cieszę ze zdobycia mistrzostwa Polski.

SZELIGA: - To jest zasłużenie wywalczone zwycięstwo. „Harowaliśmy” na nie wszyscy i wszyscy jednakowo na nie zasłużyliśmy. Jako jeden z najstarszych piłkarzy, mogę powiedzieć, że tak dobrego meczu nie zagraliśmy już dawno.

PARPAN: - Serce mi bije z radości, ale czułem, że tak będzie. Już po pięciu minutach wiedziałem na co stać Wisłę, na co moich kolegów. Cieszę się ze zdobycia tytułu, mimo, że nie brałem udziału w decydującej walce.

CO MÓWIĄ WIŚLACY

Jest to przecież zupełnie naturalne i zrozumiałe, że nastrój w szatni Wisły jest… „trochę” inny. Gdy u „biało-czerwonych” dominuje ochota wygadania się, w Wiśle jest wręcz odwrotnie. „Zasznurowane” usta trudno rozluźnić. Może oględność słowa powoduje m. in. obawa, by przypadkiem nieopatrznym słowem nie zarzucić któremuś z kolegów przewinienia, co byłoby niesłychanie krzywdzące, gdyż wszyscy dali z siebie maksimum woli, ambicji i najlepszych chęci.

„Nie wyszło” – jak to się w takich razach mówi i tu rys, który świadczy jak najlepiej o piłkarzach Wisły:

- Przegraliśmy, bośmy dziś byli gorsi. Po prostu brakuje nam już tchu w ostatnich meczach. To przedzieranie się z 11-ego miejsca do czoła tabeli bardzo nas wyczerpało. Mecz z Widzewem i ciężka przeprawa w Rybniku wskazywały już na to. Po raz drugi musimy się zadowolić tylko wicemistrzostwem. To jest taka zbiorowa wypowiedź, bo o pojedyncze trudno. W tej wypowiedzi podkreśla się również, że w ciągu długoletnich walk Cracovii i Wisły dwie bramki, zdobywane bezpośrednio po sobie (czasami dla obu przeciwników) należą do bardzo częstych zjawisk.

- A przecież mówiło się o tym przed meczem i mieliśmy o tym pamiętać – dorzuca któryś z piłkarzy drużyny zwyciężonych.

- Tak… wiele mieliśmy pamiętać, choćby nawet to, że nie wolno puszczać Różankowskiego do główkowania, bo to już 90 procent bramki.

- Będziemy o tym pamiętać w roku przyszłym! S. Habzda

Filmy

Artykuły. Wywiady

Był taki mecz: Rok 1948. Mistrzostwo utracone przez… przepisy

Data publikacji: 08-12-2017 09:45


W tabeli wszech czasów najwyższej polskiej klasy rozgrywkowej Biała Gwiazda okupuje najniższy stopień podium, mając na koncie 13 mistrzostw Polski, tyle samo wicemistrzostw oraz 10 trzecich miejsc. Prowadzą dwa śląskie kluby - Ruch Chorzów i Górnik Zabrze, które Wiślaków wyprzedzają dzięki 14 tytułom zdobytym na przestrzeni rozgrywek trwających już od 90 lat. Klasyfikacja ta wyglądałaby jednak zupełnie inaczej, gdyby nie dwa sezony, w których piłkarze z Krakowa utracili niemalże zdobyty tytuł przez… zmianę przepisów. Tak było w 1951 roku, kiedy mistrzem został uznany zwycięzca Pucharu Polski, Ruch Chorzów, tak było też trzy lata wcześniej, kiedy przy równej liczbie punktów i przewadze bramkowej Wisły, o wszystkim miał zadecydować dodatkowy mecz z drugą w tabeli… derbową rywalką!

Rok 1948 był przełomowy dla polskiej piłki. Po powojennej zawierusze właśnie wtedy wrócono do rozgrywek ligowych, kosztem rozgrywanych rok wcześniej w systemie grupowym mistrzostw Polski. W związku z tym postanowiono na nowo skodyfikować zasady wyłaniające mistrzów - w pierwszej kolejności klasycznie decydować miała liczba punktów, w drugiej… trzeci mecz, a nie bilans bramek ani starć bezpośrednich. Spotkania ligowe potoczyły się tak, jakby chciano przetestować czy wariant ten się sprawdza - zarówno Biała Gwiazda, jak i Cracovia zgromadziły po 38 punktów. W starciach derbowych lepiej prezentowały się Pasy, za to Wisła strzeliła aż 25 bramek więcej niż lokalna rywalka, tracąc tylko 8 goli więcej. Gdyby tak, jak przed wojną o tytule decydował bilans trafień, Biała Gwiazda wzniosłaby w górę trzeci w historii puchar za mistrzostwo Polski. Nowe przepisy sprawiły jednak, że podopieczni Josefa Kuchynki w starciu na neutralnym boisku musieli walczyć o swoje!

Mistrzowski początek

Na dobrą sprawę niewiele brakowało, by Wiślacy w ostatniej kolejce stracili szansę na trofeum - gdyby nie gol głową Mieczysława Gracza w 86. minucie starcia z Rymerem Niedobczyce, krakowianie mogliby na ostatniej prostej spaść na drugie miejsce bez możliwości walki o końcowy triumf. Cracovia zaś pewnie pokonała Garbarnię 2:0 i mogła skupić się na mistrzowskim meczu. Długo debatowano na łamach prasy, gdzie należy rozegrać decydujące spotkanie - w końcu zaakceptowano pomysł, by starcie o mistrzostwo dla jednej z krakowskich drużyn odbył się w grodzie Kraka, na stadionie Garbarni przy ulicy Barskiej 73 - tam, gdzie dziś stoi Hotel Forum.

Gdy jeden, jedyny mecz ma wyłonić mistrza rozgrywek trwających cały rok presja plącze nogi, a tłum kibiców wydaje się nie do okiełznania. Na Ludwinów przybyło około 20 000 sympatyków obu zespołów, a nad wszystkim czuwały setki porządkowych, którzy już w 1. minucie musieli powstrzymywać fanów Wisły od rzucenia się na murawę z radości. Piękną bramkę zdobył pomocnik Tadeusz Legutko, który strzałem z dystansu nie dał szans Henrykowi Rybickiemu. „Jak niemiłą niespodzianka była ta pierwsza minuta dla Pasów, o tym mogli się przekonać sympatycy Wisły na minutę przed końcem pierwszej połowy przeżywając podobnie ciężkie uczucie, gdy Różankowski II piękną główką z centry Poświata uzyskał wyrównanie, a w kilkadziesiąt sekund później Szeląga prowadzenie” - pisał Nadzwyczajny Dziennik Krakowa, związany właśnie z tym wydarzeniem. Niestety tak właśnie się stało - w odstępie kilkudziesięciu sekund Wisła dostała dwie bramki do szatni. Najpierw główka Stanisława Różankowskiego, a potem płaski strzał Szeligi sprawiły, że słynny Jerzy Jurowicz dwukrotnie musiał wyciągać piłkę z siatki tuż przed gwizdkiem wieńczącym pierwszą połowę.

Z Kopciuszka w królewnę

„Szok, który spotkał Wisłę, strąconą w najmniej oczekiwanym momencie ze zwycięskiego piedestału pozostawił ślady na dalszej jej grze, jak z drugiej strony miała wyraźny wpływ na nastrój Cracovii, przeobrażonej niby za dotknięciem czarodziejskiej różyczki ze sponiewieranego Kopciuszka w posażną królewnę” - relacjonował dla Przeglądu Sportowego Tadeusz Maliszewski.

„Nie ulega wątpliwości, że Krakowowi należał się finał, jak należy mu się słusznie pierwsze i drugie miejsce w polskim piłkarstwie. Należy mu się za kulturę gry, z jaką trudno spotkać się w którymkolwiek innym z naszych środowisk. Decydujący mecz o tytuł mistrza - to nie przelewki. W takim przypadku wolno zawodnikom nie panować całkowicie nad nerwami. Wolno im w ferworze dramatycznej walki obniżyć wartości stylowe. Jeśli mimo to mecz był nie tylko walką, ale i grą, to tym większa zasługa aktorów i tym większe należy się im uznanie” - kontynuował znany dziennikarz, który chwalił Wisłę za kulturę gry, lecz ganił za nieskuteczność.

Przewrotne losy

A gdy piłka w drugiej połowie za nic nie chciała wpaść do bramki, w poczynania podopiecznych Josefa Kuchynki zaczęła wkradać się panika. Tę wykorzystał w 74. minucie spotkania Stanisław Różankowski, który wraz z bratem Eugeniuszem stanowili o sile ataku Pasów, uprzedził Jurowicza i wpakował futbolówkę do siatki. Wynik 3:1 dla Pasów nie podłamał jednak zawodników Białej Gwiazdy, którzy postawili wszystko na jedną kartę. Dosłownie chwilę później Wisła mogła tracić już tylko jedną bramkę - ale bombę Cisowskiego głową z linii wybił Jabłoński, który wykazał tyle poświęcenia, że nabawił się urazu. Kilka piłek obronił też Rybicki i to Cracovia mimo drugiego miejsca po sezonie zasadniczym, mogła cieszyć się z mistrzowskiego tytułu. Rok i dwa lata później nic nie przeszkodziło już Wiśle w zdobyciu trofeum, a Pasy, w przeciwieństwie do Białej Gwiazdy już nigdy więcej nie wygrały ligi.

5.12.1948

Wisła Kraków - Cracovia 1:3 (1:2)

1:0 Legutko 1’

1:1 S. Różankowski 44’

1:2 Szeliga 45’

1:3 S. Różankowski 74’

Wisła: Jurowicz - Kubik, Flanek, Filek - Legutko, Wapiennik - Cisowski, Gracz, Kohut, Rupa, Mamoń

Cracovia: Rybicki - Kaszuba, Gędłek - Glimas, E. Jabłoński, M. Jabłoński - Poświat, S. Różankowski, E. Różankowski, Radoń, Szeliga

Sędziował: Juliusz Brzuchowski z Warszawy

Widzów: 20 000

Jakub Pobożniak

Biuro Prasowe Wisły Kraków SA

Źródło: wisla.krakow.pl

Wspomnienia

Jerzy Jurowicz

Na teren „świętej wojny” wyznaczono neutralne boisko Garbarni, a dniem decydującej batalii był 5 grudnia. Już na kilka dni przedtem Kraków żył tym meczem – w niedzielę od rana dwa słowa: Cracovia i Wisła, były na ustach wszystkich. Kilkunastotysięczny tłum sympatyków obu drużyn ciągnął od wczesnych godzin rannych na ludwinowski stadion, który na długo przed meczem był wypełniony do ostatniego miejsca.

Wiele osób musiało zrezygnować z oglądania zawodów, bowiem nawet to największe wówczas boisko nie było w stanie pomieścić wszystkich chętnych. Bilety począwszy od mostu Dębnickiego podskakiwały w cenie w miarę zbliżania się do stadionu.

Nawet pogoda dostosowała się w tym dniu do finału mistrzowskiego. Początkowo było pochmurno, ale w miarę upływu czasu chmury rozpędził lekki wiatr, błysnęło słońce.

W szatni wszyscy zdenerwowani. Głośną rozmową oszukiwaliśmy przedmeczową tremę. Zbliżała się godzina rozpoczęcia gry…

Cóż może być piękniejszego, bardziej pociągającego dla zwolenników piłkarstwa, jak te uroczyste, świąteczne nastroje, poprzedzające rozpoczęcie zawodów. Ile emocji i przeżyć kryje się przy pozornie spokojnym zajmowaniu miejsc, odszukiwaniu w tłumie znajomych twarzy, wymienianiu pozdrowień.

Raz jeszcze sprawdziłem listę zawodników, ująłem w dłonie piłkę – jako kapitan drużyny wybiegłem pierwszy, a za mną pozostali zawodnicy.

W chwilę później na boisku pojawił się sędzia w asyście dwu bocznych arbitrów, a następnie huragan braw powitał wbiegającą drużynę biało-czerwonych.

Ceremoniał losowania boisk. Podrzucona w górę moneta zalśniła w słońcu i opadła na trawę. „Reszka” – rozpoczynamy grę. Cracovia wybiera boisko.

Już w 3 minucie sensacja. Kilka krótkich zagrań obu ataków – zamieszanie pod bramką Cracovii, ostry, daleki, ale niemniej celny strzał naszego pomocnika Legutki – i Wisła prowadzi 1:0.

Mamy przewagę w polu – akcje przeciwników kończą się zazwyczaj na linii pola karnego. Obrońcy dwoją się i troją, byle tylko nie dopuścić przeciwnika do strzału. Po raz pierwszy interweniuję dopiero w 20 minucie gry. Wybieg do dalekiego strzału Poświata omal nie kosztował bramki, poślizgnąłem się bowiem na zamarzniętym boisku i niewiele brakowało, a wypuściłbym piłkę z rąk. W kilka chwil później znów niebezpieczny, bo bliski i z woleja strzał tego samego gracza paruję z trudem, wybijając piłkę nad poprzeczkę.

Na zegarze wskazówka zbliża się już do końcowej cyfry.

- No, chyba już nic się nie stanie – westchnąłem z uczuciem ulgi… Ale uwaga! Pędzi z piłką Jabłoński II, popularnie zwany na boisku „żyletką”, przerzuca do Poświata, ten centruje, a nadbiegający jak wicher Różankowski II strzela główką. Rzucam się rozpaczliwie, wyciągam jak struna, ale niestety daremnie…

Rozpoczynamy grę – ale przy piłce znów Różankowski. Czaję się na linii bramkowej, nie jestem jednak w stanie uchronić drużyny przed stratą drugiego punktu. Szeliga z bliskiej odległości płaskim, przyziemnym strzałem z gatunku tych, które uważałem osobiście za najbardziej groźne, podwyższył wynik.

W czasie przerwy gorąca narada w szatni: postanawiamy postawić wszystko na jedną kartę.

Po wznowieniu gry napastnicy ruszają z impetem, ale mimo wysiłków nie udaje się sforsować żelaznej linii pomocy Cracovii. W krytycznej sytuacje, kiedy wydawało się, że już, już padnie wyrównująca bramka – Jabłoński rzuca się pod nogi gotującemu się do strzału Cisowskiemu.

W chwili, gdy cała nasza niemal drużyna skoncentrowała się pod bramka przeciwnika – znów Różankowski II wyłapał piłkę. Przyznaję się, nie miałem szczęścia do tego zawodnika. I tym razem jego strzał był dla mnie zaskakujący – 3:1.

Mimo przewagi przeciwników nie dajemy za wygraną. Jeszcze kilka strzałów, jeszcze Jabłoński I ratuje główkując z linii bramkowej po wybiegu Rybickiego – i sędzia odgwizduje koniec meczu.

Szaleństwo jakieś ogarnęło sympatyków Cracovii. Pękły bariery, tłum jak powódź zalał boisko. Biało-czerwoni porwali na ramiona swego kierownika – Izdebskiego – i wśród wiwatów trybun oraz chóralnego śpiewy „sto lat, sto lat” wynieśli go do szatni.

Tak więc tytuł mistrza Polski zdobyła Cracovia – nam, którzy zniechęceni i źli chyłkiem niemal opuszczaliśmy szatnię – przypadło wicemistrzostwo.

Źródło: Jerzy Jurowicz, Pamiętniki