2000.09.14 Real Saragossa - Wisła Kraków 4:1

Z Historia Wisły

2000.09.14, I runda Pucharu UEFA, Saragossa, La Romareda, 21:30, czwartek
Real Saragossa 4:1 (1:1) Wisła Kraków
widzów: 25.000
sędzia: Edgar Steinborn (Niemcy)
Bramki

Roberto Acuña 31'
José Ignacio 53'
Yordi 65'
Yordi 68'
0:1
1:1
2:1
3:1
4:1
12' Radosław Kałużny




Real Saragossa
4-4-2
Juanmi
Grafika:Zk.jpg Pablo
Grafika:Zk.jpg Xavier Aguado
Paco Jémez
Martin Vellisca
Juanele
Roberto Acuña
José Ignacio
Garitano grafika: Zmiana.PNG (65’ Marcos Vales)
Jamelli grafika: Zmiana.PNG (46’ Yordi)
Alen Peternac grafika: Zmiana.PNG (70’ Vladislav Radimov)

trener: Juan Manuel Lillo
Wisła Kraków
4-5-1
Artur Sarnat
Arkadiusz Głowacki
Kazimierz Moskal grafika:kontuzja.png grafika: Zmiana.PNG (77’ Grzegorz Pater)
Marcin Baszczyński Grafika:Zk.jpg
Maciej Żurawski
Radosław Kałużny
Grzegorz Niciński
Ryszard Czerwiec grafika: Zmiana.PNG (71’ Marek Zając)
Kamil Kosowski
Olgierd Moskalewicz
Tomasz Frankowski grafika: Zmiana.PNG (60’ Tomasz Kulawik)

trener: Orest Lenczyk

Ławka rezerwowych: Adam Piekutowski, Łukasz Sosin

Kapitan: Radosław Kałużny

Bramki: 4-1
Strzały: 19-9
Strzały celne: 6-5
Spalone 6-0
Żółte kartki: 2-1
Czerwone kartki: 0-0

O Wiśle Kraków czytaj także w oficjalnym serwisie Przeglądu Sportowego - przegladsportowy.pl

Bilet meczowy
Bilet meczowy
Pamiątki z meczów prezentowane w Legends Corner
Pamiątki z meczów prezentowane w Legends Corner

Spis treści

Relacje meczowe

PUCHAR UEFA, PIERWSZA RUNDA, SEZON 2000/2001, 14 WRZEŚNIA 2000, GODZ. 21:30
4 REAL Saragossa - WISŁA Kraków 1
Acuna 31' 12' Kałużny
Jose Ignacio 53'
Yordi 65'
Yordi 68'


Sędziował: Steinborn (Niemcy)
Widzów: 25 000

KONIEC MARZEŃ?

Stadion La Romareda
Stadion La Romareda

W ostatnim meczu Wisła strzeliła 4 bramki, dziś tyle samo straciła. Niestety, tym samym niemal pogrzebała szanse na awans do drugiej rundy Pucharu UEFA. Nadzieje kibicom Wisły dała wspaniała bramka niezawodnego Radosława Kałużnego, lecz później było już tylko gorzej. O ile pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1, to w drugiej na murawie panowali już tylko piłkarze gospodarzy. Wisła trzy bramki straciła w ciągu piętnastu minut.

Trener Orest Lenczyk ma w swym zwyczaju zaskakiwanie składem wyjściowej jedenastki, tym razem niespodzianką była osoba Macieja Żurawskiego na pozycji prawego pomocnika. Nie jestem jednak pewien, czy było to dobre posunięcie. Hiszpanie atakowali głównie lewą stroną boiska wykorzystując słabą grę obronną Maćka. Wydaje się, że Orest wciąż nie może znaleźć właściwej osoby na prawą flankę. Marek Zając razi słabą zwrotnością i techniką co po raz kolejny udowodnił także w końcówce tego meczu. Także Grzegorz Pater nie może znaleźć uznania w oczach trenera.

Mecz rozpoczął się bardzo obiecująco. Wiślacy nastawili się na szybkie kontry i kilkakrotnie napędzili sporego strach obrońcom i kibicom drużyny z Saragossy. Gra była dość wyrównana, Wisła grała bez respektu dla rywala na co najlepszym dowodem jest cudowna bramka Radosława Kałużnego. Z lewego skrzydła piłkę do Moskalewicza zagrał Ryszard Czerwiec, a ten znalazł Radka Kałużnego. Pomocnik Wisły strzelił z ponad 20 metrów z pierwszej piłki w taki sposób, że ta wylądowała w samym okienku bezradnego Juanmiego (asysta: Moskalewicz) Miłe złego początki jak mawiają... Już dwie minuty później Sarnat znalazł się w opałach, gdy napastnik gości zdecydował się na strzał z przewrotki. Piłkarze Realu całkowicie opanowali środek boiska, gdzie niepodzielnie panował Acuna. Właśnie on doprowadził po pół godzinie gry do wyrównania. Strzelał z około 28 metrów - piłka wpadła tuż obok słupka. Ataki gospodarzy nie ustawały, a najlepszy obraz gry daje statystyka mówiąca o posiadaniu piłki - 65% dla Saragossy, 35% dla Wisły. Gospodarze najczęściej atakowali skrzydłami. Jednak dośrodkowania zazwyczaj wybijali obrońcy Wisły, bądź padały łupem Artura Sarnata. Nie było w tej pierwszej połowie wielu sytuacji podbramkowych. Gra wyrównała się dopiero na pięć minut przed końcem pierwszej połowy. Wtedy w idealnej sytuacji znalazł się Kosowski, którego na prawym skrzydle znalazł Czerwiec, lecz z prawej nogi strzelił nad poprzeczką. Chwilę później w podobnej sytuacji piłki nie zdołał opanować Moskalewicz. Na przerwę jednak piłkarze Wisły schodzili w dobrych nastrojach, a kibice mieli nadzieje na dobry rezultat. Tym bardziej, że wiślacy za kadencji Lenczyka zazwyczaj dużo lepiej prezentują się w drugich połowach.

Jak się okazało były to nadzieje pozbawione sensownych podstaw. Piłkarze czwartej drużyny hiszpańskiej ekstraklasy pokazali miejsce w europejskim szyku wicemistrowi Polski. Jeszcze tuż po przerwie wiślacy przeprowadzili ładną kontrę zakończoną strzałem Moskalewicza. Jeszcze chwilę później ponownie uderzał Moskalewicz, lecz sędzia nie odgwidzał zagrania ręką, po którym piłka straciła impet. Jak się jednak okazało były to ostatnie podrygi. Krakowianie zostali okrutnie skarceni za ofensywną grę w tym fragmencie meczu.
W 53 minucie gospodarze rozpoczęli koncert. Na strzał spoza pola karnego zdecydował się Jose Ignacio - piłka otarła się o Kałużnego i wpadła do siatki centymetry obok zaskoczonego Sarnata. Należy zadać sobie pytanie, czy piłka rzeczywiście tak bardzo zmieniła lot, że Sarnat nie miał szans na poprawną interwencję, czy po prostu przepuścił zwykłą szmatę. Nie zmienia to jednak faktu, że gospodarze złapali wiatr w żagle i nie schodzili z połowy wiślaków. Dwa kolejne gole dołożył rezerwowy - Yordi, który ostatecznie pognębił krakowian. Przy bramkach tych (szczególnie na 3:1) sporych błędów w kryciu dopuścili się obrońcy Wisły. Przy obu golach Yordi miał sporo swobody. Jego trafienia przedzielił ładny strzał Olgierda Moskalewicza z rzutu wolnego - prosto w okienko, lecz bramkarz gospodarzy zdołał złapać za słabo uderzoną piłkę. To był jednak jeden z niewielu pozytywnych momentów w grze wiślaków w drugiej połowie. Połowie, o której my kibice zechcemy jak najszybciej zapomnieć. Trzy bramki to bowiem najniższy wymiar kary - jeszcze w ostatniej minucie gospodarze dwukrotnie bliscy byli zdobycia kolejnych bramek.

Do chwili stracenia bramki na 3:1 chwalić można było postawę defensywy. Bardzo dobrze zagrał Kazimierz Moskal. Nie tylko skutecznie przerywał liczne akcje gospodarzy, lecz także nierzadko dobrymi podaniami inicjował akcje ofensywne. Boisko musiał opuścić na kilkanaście minut przed końcem meczu z powodu urazu (na pozycji stopera zastąpił go Arkadiusz Głowacki).
Wiśle zabrakło atutów w linii środkowej. Niewidoczny był Ryszard Czerwiec, często niecelnie podawał Radosław Kałużny. Są to piłkarze na których najbardziej liczą kibice i powinni oni grać na wyższym poziomie (Kałużnego po części usprawiedliwia wspaniała bramka). Całkowicie odcięty od podań był Tomasz Frankowski, a co to oznacza w jego przypadku wszyscy doskonale wiemy. Lepiej zagrał jego partner z ataku - Olo Moskalewicz, lecz jemu nieobca jest walka bark w bark w obrońcami drużyny przeciwnej. Aktywny i błyskotliwy, grał bez respektu dla rywala - jedna z jaśniejszych postaci w drużynie Wisły.

Pamiętajmy jednak, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie. Dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe - rewanż w Krakowie za dwa tygodnie!

[Mateusz Miga]
1. Artur Sarnat
6. Arkadiusz Głowacki
7. Kazimierz Moskal do 77'
4. Marcin Baszczyński
9. Maciej Żurawski
2. Radosław Kałużny 1
16. Grzegorz Niciński
10. Ryszard Czerwiec do 71'
5. Kamil Kosowski
29. Olgierd Moskalewicz
21. Tomasz Frankowski do 60'


11. Tomasz Kulawik od 60'
15. Marek Zając od 71'
8. Grzegorz Pater od 77'
Najlepszy zawodnik Wisły: ?


Real: Juanmi - Pablo, Aguado, Paco, Martin Vellisca - Juanele, Acuña, Jose Ignacio, Garitano (65 Marcos Vales) - Jamelli (46 Yordi), Peternac (70 Radimow)

Lekcja hiszpańskiego w Saragossie

14.09.2000. REAL SARAGOSSA WISŁA KRAKÓW 4-1 (1-1)

0-1-Kałużny, 12 min.

1-1-Acuna, 31 min.

2-1-Jose Ignacio, 54 min.

3-1-Yordi, 64 min.

41-Yordi, 68 min. (głową)

Sędziował Edgar Steiborn (Niemcy). Widzów 22.000


REAL: Juanmi Pablo, Aguado, Paco, Martin Velisca Juanele, Acuna. Jose Ignacio, Garitano (64. Marcos Vales) - Jamelli (46. Yordi). Peternac, Peternac (74. Radimow). Trener Juan Manuel LILLO.

WISŁA: Sarnat Głowacki, Mo-skal (78. Pater), Niciński, Baszczyński Żurawski, Kałużny. Czerwiec (72.M. Zając), Kosowski Moskalewicz. Frankowski (59. Kulawik). Trener Orest LENCZYK.

Żolte kartki: Aguado i Pablo (Real) oraz Baszczyński (Wisła)


Z wielkimi nadziejami przylecieli do Saragossy piłkarze aktualnych wicemistrzów i finalistów Pucharu Polski - Wisły Kraków.

Byli niewątpliwie bardzo podbudowani psychicznie po efektownym zwycięstwie 4:0 cztery dni wcześniej nad obrońcą tytułu mistrzowskiego Ho-op/Polonią Warszawa. Cel był jeden - uzyskanie korzystnej zaliczki w obliczu spotkania rewanżowego, która po zwalałaby po raz pierwszy w historii europejskich pucharów na wyeliminowanie przez polski zespół rywala z Półwyspu Iberyjskiego. Jak do tej pory w konfrontacji z Hiszpanami notowaliśmy same niepowodzenia.

W Saragossie upały były ogromne, a w samo południe temperatura dochodziła do 35 stopni Celcjusza. Na szczęście początek meczu wyznaczono na godzinę 21.30 i można było już normalnie oddychać.

Po zakończeniu rozgrzewki murawa stadionu „La Romadera" wybudowanego w 1957 roku została skropiona wodą, co miało sprzyjać szybkim i dobrze wyszkolonym technicznie Hiszpanom.

Obiekt na którym przyszło grać piłkarzom Wisły jest niesłychanie funkcjonalny, położony w centrum miasta, między ogromnym szpitalem a kompleksem hotelowo-gastronomicznym o tej samej nazwie „Romadera". Stadion może pomieścić 38 tysięcy widzów, a jeszcze na godzinę przed rozpoczęciem spotkania z Wisłą był prawie pusty. Większość sympatyków drużyny Realu posiada bowiem karty abonamentowe i na trybunach zjawia się niemalże w ostatniej chwili.

Spotkanie rozpoczęło nadspodziewanie pomyślnie dla piłkarzy Wisły. W 12 minucie Radosław Kałużny otrzymał piłkę od „Ola" Moskalewicza i będąc w odległości 20 metrów od bramki strzeżonej przez Juana M. Garcię Inglesa. "Jaunmi" popisał się fantastycznym strzałem w górny róg bramki. Była to bomba", która wstrząsnęła Saragossą. Jednakże tylko przez chwilę piłkarze Realu sprawiali wrażenie lekko zaszokowanych. Ich akcje z minuty na minutę nabierały rozmachu. Grali z polotem i atakowali w sposób absolutnie nieszablonowy. Początkowo milcząca widownia miała okazję do radości w 31 minucie, kiedy to Roberto Toro "Acuna" posłał piłkę po ziemi w dolny róg bramki Artura Sarnata. Jeszcze na minutę przed za kończeniem pierwszej połowy meczu mogła ponownie prowadzić 2-1. Sarnat popisał się dalekim wykopem na lewe skrzydło do Marcina Baszczyńskiego, ten podał do znajdującego się po przeciwnej stronie Kamila Kosowskiego, które wbiegł w pole karne, ale po jego strzale piłka minimalnie minęła górny róg bramki.

Po zmianie stron mecz stał się niestety jednostronnym widowiskiem, w którym dominowali piłkarze z Saragossy. Asem w rękawie 35-letniego trenera Juana Manuela Lillo okazał się 26-letni Jorge Gonzales Diaz, "Yordi", który był autorem dwóch bramek.

Druga połowa zaczęła się bardzo niepomyślnie dla wiślaków. W 54 minucie w niegroźnej sytuacji strzał na bramkę oddał Jose Ignacio. Piłkę zmierzającą w środek bramki, odbitą od barku Kałużnego nie zdołał zatrzymać nieco zasłonięty Sarnat. W ciągu kolejnych 14 minut wspomniany Yordi" dwukrotnie zmusił do kapitulacji bramkarza Wisły, najpierw kapitalnym uderzeniem z woleja, a cztery minuty później głową po dośrodkowaniu Juanela. To były ciosy, po których wiślacy" nie byli w stanie się podnieść.

Hiszpanie zaimponowali doskonałą grą w ataku pozycyjnym, wymiennością funkcji. Potrafili bezbłędnie rozklepać" krakowską defensywę Wygrana 4-1 stawia ich w roli zdecydowanych faworytów w obliczu spotkania rewanżowego w Krakowie.

Hiszpanie pokazali nie tylko dobrą grę, ale również wzorową organizację meczów w europejskich pucharach. Niewielka grupa polskich dziennikarzy otrzymała wszechstronne materiały o drużynie gospodarzy. Bezbłędnie wpisane były polskie nazwiska w składach, a spikerka była prowadzona w językach hiszpańskim i... polskim. Można było się wiele nauczyć...

Wojciech Gorczyca
"Biała Gwiazda" nr 6 wrzesień 2000


Wielkie mecze Białej Gwiazdy

Forza Wisła, numer 1, 3marca 2002

Wisła Kraków - Saragossa 4:1 (0:1, 4:1), k. 4:3

28 września 2000 r.

Któż z nas nie pamięta tego meczu? Rewanż I rundy Pucharu UEFA. Wisła w pierwszym meczu w Hiszpanii przegrała 1:4, choć prowadziła po przepięknej bramco Radka Kałużnego. Przed meczem w Krakowie niewielu z nas wierzyło, że Biała Gwiazda zdoła awansować do następnej rundy.

Po pierwszej połowie Hiszpanie już zaczęli świętować, bo prowadzili po samobójczym golu Marcina Baszczyńskiego. Aby awansować Wiślacy musieli strzelić pięć bramek, nie tracąc żadnej. Cztery dawały nam dogrywkę. Nikt z nas nie wie dział, co dzieje się w szatni i jak zagra Wisła w II po-łowie meczu. Trener Lenczyk zagrał va banque. Za Kulawika, Moskalewicza i Czerwca na boisko weszli Ikeanacho Kelechi, Łukasz Sosin i Grzegorz Niciński. Te zmiany utwierdziły wszystkich w przekonaniu, że postawa Wisły w II połowie jest wielką niewiadomą. Na awans nie liczył nikt, na zwycięstwo niewielu...

Tego, co oglądaliśmy w II połowie meczu nikt z nas nie zapomni do końca życia. Sygnał do ataku dał Ikeanacho, który w 51 minucie z niewiarygodnego kąta strzelił pierwszą bramkę. Gdyby Hiszpanie wiedzieli, co będzie dalej, pewnie interweniowaliby u sędziego, że piłka nie minęła całym obwodem linii bramkowej. Ale nie wiedzieli!

Cztery minuty później Wisła objęła prowadzenie po strzale Frankowskiego. Wreszcie zaczęła grać szybko, bez kompleksów i długiego rozgrywania piłki w środku pola. Hiszpanie byli jeszcze nieco uśpieni słoneczną pogodą. W 61 minucie obudził ich jednak fantastyczny gol Kazika Moskala. Było 3:1 dla Wisły, a do końca meczu pozostało jeszcze pół godziny. Hiszpanom strach zajrzał w oczy, Wisła grała swoje, a my wreszcie zaczęliśmy wierzyć.

Do dogrywki brakowało tylko jednej bramki. Kolejne minuty mijały szybko i choć zegar boiskowy nie działał, każdy z nas czuł umykający czas. Kolejne szanse, kolejne marnowane okazje... Ale na trybunach nikt nie szczędził gardła. Doping był niesamowity. Wreszcie w 89 minucie po rzucie wolnym wykonywanym przez Kamila Kosowskiego, Sosin trafił w poprzeczkę. Podobnie było z dobitką Grzegorza Nicińskiego, jednak Wisła miła w swoich szeregach zawodnika, który w takich sytuacjach jest niezastąpiony. Tomek Frankowski po raz kolejny pokazał, czym jest strzelecka intuicja. Stał z boku bramki i spokojnie czekał na piłkę. Kiedy wreszcie futbolówka spadła mu pod nogi, lekko wepchnął ją do siatki. 4:1 dla Wisły!!! Szał na trybunach, owacja na stojąco. Coś niesamowitego! To właśnie dla takich chwil kochamy Wisełkę!

Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia. Sędzia zarządził rzuty karne. Wtedy nikt już nie wątpił, że Wisła awansuje. Hiszpanom trzęsły się nogi, a Wiślacy byli na fali.

Pech nie opuszczał jedynie Marcina Baszczyńskiego, którego strzał z "jedenastki obronił Juanmi. Do hiszpańskiej bramki bez problemu trafiali jednak wcześniej Maciek Żurawski, Marek Zając, Arek Głowacki. Przed piątą serią było 3:3, bo Real też nie wykorzystał jednego karnego. Wtedy do piłki podszedł Tomek Frankowski. On nie mógł spudłować. Pewny strzał i Wisła prowadziła 4:3. Hiszpanie mieli jednak jeszcze jedną próbę. I kiedy wydawało się, że zmylony Sarmat skapituluje, piłka po strzale Ignacio minęła prawy słupek bramki. Przez ułamek sekundy wszyscy staliśmy jak oniemiali. Ale to była tylko chwila. Wybuchu radości, który nastąpił później, nie sposób opisać.

Wisła awansowała!!! I choć my mieliśmy chwile zwątpienia, to wiedzieliśmy, że tego dnia w drużynie Białej Gwiazd grali Ci, którzy w ten awans wierzyli od samego początku.

Bo gdy nie ma już nadziel - wiara zwycięża!

Krzysztof Łukaszewski



DRUGIM OKIEM

Przed wyjazdowym meczem Wisły z Saragossą kibice, trenerzy i sami piłkarze po cichu pewnie liczyli na remis. Marzenia te szybko zostały rozwiane, mimo że podopieczni Oresta Lenczyka do przerwy utrzymywali korzystny rezultat. Jednak poziom gry zaprezentowany przez obie drużyny jeszcze w piewszej połowie spotkania rozwiewał wszelkie wątpliwości co do ostatecznego rezultatu meczu...

Drużyny z Półwyspu Iberyjskiego "od zawsze nie leżały" polskim piłkarzom. Gracze hiszpańscy jeszcze nigdy w historii nie przegrali pucharowej rywalizacji z Polakami. Po pierwszym meczu Wisły z Saragossą trudno się takiemu biegowi wydarzeń specjalnie dziwić. Hiszpanie grają piłkę szybką, kombinacyjną, opartą przede wszystkim na znakomitym przygotowaniu technicznym i szybkościowym. Piłkarze z Saragossy przy zawodnikach Wisły wyglądali niczym "nadludzie": wygrywali niemal wszystkie pojedynki jeden na jeden, znakomicie rozgrywali piłkę, stosując liczne podania i przerzuty na drugą stronę boiska. Konstruowali liczne akcje ofensywne na pograniczu spalonego, często wyprzedzając naszych obrońców.

Wiślacy mogli pokazać niewiele; przede wszystkim: ambicję, nieustępliwość i waleczność. Dysponując jednak kolosalnie mniejszymi umiejętnościami mogli zdziałać tyle co zdziałali. Po początkowym naporze Hiszpanów zdobyli sensacyjną bramkę dającą prowadzenie. Zawodnicy Saragossy szybko jednak zapomnieli o utracie gola i dalej "grali swoje", spychając krakowian do głębokiej defensywy. W całym meczu bardzo często dochodziło do sytuacji, że wiślacy nie byli w stanie wyjść z piłką z własnej połowy! Momentami wydawało się, że Hiszpanów jest przynajmniej o dwóch więcej.

Wszystkie bramki dla Saragossy padły po błędach obrony. Pierwszy stracony gol, to bierna postawa obrony na strzał Acuñi i niepewna interwencja Sarnata. Druga bramka to błąd obrońców, którzy dopuścili do oddania strzału z czystej pozycji oraz Kałużnego i Sarnata. Trzeci gol jest winą Kosowskiego - spóźnił się przy zastawianiu pułapki ofsajdowej, czwarta bramka obciąża głównie konto naszego golkipera, który po centrze z prawej strony pozwolił na oddanie strzału głową z czterech metrów. Jednak czy przy tak ustawicznym "nękaniu" krakowian, to z lewej to z prawej strony, można było tych błędów nie popełnić? Być może mogło być ich mniej, lub też więcej... Rozmiary porażki mogły być różne, przegrana, moim zdaniem, była jednak nieunikniona.

We wstępie do tego spotkania napisałem, że będzie to mecz świadczący nie tylko o poziomie Wisły, ale przede wszystkim polskiego piłkarstwa. Hiszpanie pokazali nam dokładnie nasze miejsce w szeregu. Jesteśmy piłkarsko narodem bardzo słabym i nie zmieni tego jeden wygrany mecz reprezentacji Polski z Ukrainą. Nie wyobrażam sobie, by inna polska drużyna mogła osiągnąć w Saragossie rezultat korzystny. Dowodzą tego czwartkowe wyniki innych naszych "pucharowiczów": Polonii i Ruchu. Drużyny te łatwo przegrały na własnych stadionach z zespołami uważanymi za klasowe. Nam, jako kibicom "Białej Gwiazdy" pozostaje już tylko mieć nadzieję na osiągnięcie honorowego rezultatu z Saragossą w Krakowie, jak również emocjonowanie się krajowymi rozgrywkami. Póki co, w Europie nie mamy czego szukać...
[Rafał Oramus]

Źródło: wislakrakow.com


Wspomnienia po latach

W pierwszej rundzie Pucharu UEFA w sezonie 2000/2001 trafiliśmy na hiszpańską Saragossę. W pierwszym spotkaniu przegraliśmy na wyjeździe 1:4, a w Krakowie po czterdziestu pięciu minutach było 0:1. Piętnastominutowa przerwa, wszyscy siedzą ze spuszczonymi głowami. Cisza. Ktoś poszedł się umyć, ktoś jakieś dwa słowa powiedział, ale generalnie nic się nie działo. Nie było żadnych męskich słów, nikt nie zacytował Henryka Reymana: „Kto z was nie czuje się na siłach, aby w drugiej połowie meczu wydać z siebie wszystkie siły dla zmazania hańby, jaka w tej chwili wisi nad nami, to niech lepiej nie wychodzi na boisko". Była cisza. Po czasie różne historie można by dorabiać. Że ktoś wziął na siebie odpowiedzialność, przemówił do wszystkich, zmotywował. Nic takiego nie miało miejsca, my w tej przerwie byliśmy najzwyczajniej przegrani. Chcieliśmy, żeby mecz się już skończył.

Na minutę przed powrotem na boisko trener Lenczyk wchodzi do szatni i mówi:

Robimy trzy zmiany.

Czy myślał wtedy, że taki manewr może przynieść to, co w rzeczywistości przyniósł?

Nie mam pojęcia. Trzeba by o to zapytać trenera.

Zgłaszając się do karnych, miałem poczucie, że muszę wziąć tę odpowiedzialność. No i udało się, wygraliśmy! Była to nie lada sensacja.

2021 Arkadiusz Głowacki, Wiślacy już przyszli


Galeria kibicowska: