2005.04.17 Wisła Kraków - Pogoń Szczecin 1:1

Z Historia Wisły

2005.04.17, Idea Ekstraklasa, 18. kolejka, Kraków, Stadion Wisły, 17:00
Wisła Kraków 1:1 (0:1) Pogoń Szczecin
widzów: 8.000
sędzia: Tomasz Pacuda z Częstochowy
Bramki

Tomasz Frankowski 89’
0:1
1:1
26' Cláudio Milar

Wisła Kraków
Radosław Majdan
Grafika:Zk.jpg Marcin Baszczyński grafika: Zmiana.PNG (59’ Vlastimil Vidlička)
Arkadiusz Głowacki
Tomasz Kłos
Grafika:Zk.jpg Maciej Stolarczyk grafika: Zmiana.PNG (46’ Nikola Mijailović)
Jakub Błaszczykowski grafika: Zmiana.PNG (68’ Paweł Brożek)
Radosław Sobolewski
Grafika:Cz.jpg 75’ Mauro Cantoro
Marek Zieńczuk
Grafika:Zk.jpg Maciej Żurawski
Tomasz Frankowski

trener: Werner Lička
Pogoń Szczecin
Boris Peškovič
Krzysztof Michalski
Paweł Magdoń
Julcimar
Grzegorz Matlak
Tomasz Parzy Grafika:Zk.jpg grafika: Zmiana.PNG (73’ Michał Łabędzki)
Tomáš Kuchař Grafika:Zk.jpg
Przemysław Kaźmierczak Grafika:Zk.jpg
Rafał Grzelak grafika: Zmiana.PNG (90’ Mirko Poledica)
Cláudio Milar Grafika:Zk.jpg grafika: Zmiana.PNG (76’ Batata)
Radek Divecký Grafika:Zk.jpg Grafika:Zk.jpg Grafika:Cz.jpg 75’

trener: Bohumil Panik

O Wiśle Kraków czytaj także w oficjalnym serwisie Przeglądu Sportowego - Sports.pl

Bilet meczowy
Bilet meczowy

Spis treści

Wstęp do meczu z Pogonią

Po różnych zawirowaniach, sezon piłkarski wreszcie na pełnych obrotach. Niedzielnym meczem z Pogonią Szczecin piłkarze Wisły rozpoczną trudny tydzień, w którym w środę wyjadą do Łęcznej, a w niedzielę do Wronek. Przed meczem z "Portowcami" trener Werner Liczka ma do dyspozycji praktycznie najsilniejszy skład.

Najważniejsze wzmocnienie to powrót Mauro Cantoro, który odcierpiał już karę za czerwoną kartkę. Do gry Argentyńczyk wrócił już we wtorek, gdy zagrał w meczu z Polonią o Puchar Polski. W spotkaniu z "Czarnymi Koszulami" wyraźnie widać było, że Cantoro brakuje ogrania. Nie czarował umiejętnościami, a udane długie zagrania można policzyć na palcach jednej ręki. Jednak to właśnie on ma pokierować grą Wisły w środku pola - na ławkę rezerwowych, po trzech nieudanych meczach, wraca Martins Ekwueme.

Trener Werner Liczka bardzo poważnie przygotowuje się do meczu z Pogonią. Piątkowy trening jego podopiecznych był zamknięty nawet dla przedstawicieli prasy. - W tym meczu ważny będzie każdy szczegół - argumentował swoją decyzję czeski szkoleniowiec. W piątek po południu był już zadowolony z przygotowania drużyny do spotkania. - Zawodnicy wiedzą już o co chodzi. Nie mamy wątpliwości, że Pogoń w Krakowie zagra defensywnie. Z resztą świadczą o tym niskie wyniki w meczach Pogoni - 1:0 czy 1:1.

Trener Pogoni, Bohuslaw Panik to dobry przyjaciel Wernera Liczki, więc obaj szkoleniowcy o drużynach przeciwnych wiedzą bardzo dużo. - Dla nas tu nie będzie żadnych niespodzianek. Wszystko jest jasne - zapewnia Liczka. Bronią na Pogoń mają być niekonwencjonalnie rozgrywane stałe fragmenty gry oraz urozmaicone metody rozbijania zwartej defensywy gości.

Dopiero po sobotnim treningu (początek o godzinie 17:00) zapadnie decyzja, czy w kadrze meczowej znajdzie się Nikola Mijailović. Wczoraj Serb pojawił się w klubie z gorączką i z podejrzeniem anginy został odesłany do domu. Z Pogonią na pewno nie zagra Marcin Kuźba, zabraknie także Aleksandra Kwieka i Mariusza Magiery, którzy w sobotę w południe wystąpili w meczu drużyny rezerwowej.

Pogoń do Krakowa przyjechała w niemal najsilniejszym składzie. Ze Szczecina Portowcy wyruszli o 5:15 rano, a o 18:00 zapoznają się z murawą na stadionie Wisły. Po zwycięstwie nad Groclinem nastroje w drużynie są dobre. O potencjale drzemiącym w tej drużynie mogliśmy się przekonać naocznie w marcowym meczu sparingowym, gdy Wisła przez 87 minut nie potrafiła przebić się przez dobrze zorganizowany blok defensywny.

Przy okazji meczu będzie można nabyć nowe numery odświeżonych wiślackich wydawnictw - "Forza Wisła" i "Biała Gwiazda". Polecamy.

(mat19)

Źródło: wislakrakow.com

Relacje meczowe

Wisła Kraków - Pogoń Szczecin 1:1

Na solidną próbę nerwów wystawili (bardzo słabo dziś grający) piłkarze Wisły swoich kibiców, ale nie tylko oni. Największą nerwowość wprowadzili sędziowie, którzy - czy to nie dziwne? - już drugi nasz mecz z rzędu dają prawdziwy popis. W 29. minucie Milar podał sam sobie piłkę ręką i pokonał Majdana, a sędzia zamiast ukarać Urugwajczyka żółtą kartką, wskazał na środek. Było 0:1. W 75. min. Mauro Cantoro zobaczył czerwoną kartkę, tylko czy na pewno na nią zasłużył? Dopiero w 89. min. Wisła wyrównała, a dokonał tego strzałem głową Tomasz Frankowski.

XVIII kolejka ligi polskiej, sezon 2004/2005

Kraków, ul. Reymonta, 17 kwietnia 2005 r., godz. 17:00

Widzów: 9000, sędziował: Tomasz Pacuda (Częstochowa)

Wisła Kraków - Pogoń Szczecin 1:1

Bramki:

0:1 Milar (26.)

1:1 Frankowski (89.)


Składy:

Majdan

Baszczyński (59. Vidlička)

Głowacki

Kłos

Stolarczyk (45. Mijailović)

Błaszczykowski (68. Brożek)

Sobolewski

Cantoro

Zieńczuk

Żurawski

Frankowski


Peškovič

Michalski

Magdoń

Julcimar

Matlak

Parzy (73. Łabędzki)

Kuchař

Kaźmierczak

Grzelak (90. Poledica)

Milar (76. Batata)

Divecký


Piłkarz meczu:

Tomasz Frankowski

• Wszyscy kibice, którzy zjawili się dzisiaj przy Reymonta, oczekiwali dobrego i emocjonującego widowiska. Dobre nie było ono na pewno, było natomiast emocjonujące, i to aż za bardzo.

Niestety, stęsknieni piłki kibice Wisły nie mają żadnych powodów do zadowolenia. Biała Gwiazda grała po prostu źle. Wolno, niedokładnie, a zagrania naszych pupili z łatwością odczytywali rywale.

Trener Lička zapowiadał przed meczem, że o wyniku zadecydują "szczególiki". Ja ich nie dostrzegłem (może komuś z Was się udało?), przynajmniej jeżeli chodzi o grę Białej Gwiazdy. Co ciekawe, i niepokojące zarazem, wiślacy zatracili jedną umiejętność - dobrego ostatniego podania, i nie chodzi tutaj tylko o to, że nie ma już w Krakowie Mirka Szymkowiaka... Schematy gry Wisły polegały jeszcze niedawno na "rozklepaniu" defensywy rywala dokładnymi podaniami... po ziemi. Z Pogonią Wisła grała... w iście angielskim stylu! Niekończąca się ilość wrzutek, które przez większą część meczu nic nie dawały. Wrzutka w pole karne kończyła się na ogół kiepskim zagraniem Peskovicia, bądź wybiciem piłki przez obrońców. Jak mogło być jednak inaczej, skoro w obrębie "szesnastki" przebywał najczęściej jednynie Tomasz Frankowski.

Nic więc dziwnego, że w pierwszym kwadransie to Pogoń miała dwie okazje do zdobycia bramki, Wisła zaś żadnej. Już w 10. min. powinno być 1:0 dla gości, ale Milar trafił, po uderzeniu głową, w boczną siatkę. Dwie minuty później znów groźnie skontrowała Pogoń, tyle że Michalskiemu zabrakło centymetrów, aby skierować piłkę do siatki.

Wisła zagroziła Pogoni dopiero w 20. min. (!), tyle tylko, że strzał Frankowskiego został zablokowany. Dwie minuty później z rzutu wolnego Marek Zieńczuk podał wprost pod nogi... obrońcy Pogoni. Po tym zagraniu można było zapytać - co ćwiczyli wiślacy na zamkniętym treningu w piątek?

W końcu mamy 26. min. i decydujący moment meczu. Wisła wyprowadza kontratak, ale traci piłkę i szybki atak rozpoczyna Pogoń. Piłka trafia do Milara, który wykorzystał niezdecydowanie Tomasza Kłosa (patrzył na sędziego, licząc na spalonego, zamiast na rywala) oraz sędziego Pacudy (wszak przyjmując piłkę, wyraźnie pomógł sobie ręką) i strzelił pewnie do siatki. Rękę Urugwajczyka widział cały stadion, Pacuda i liniowy nie (?!), a protestujący wiślacy oglądają żółte kartki (Żurawski i Baszczyński).

Przez ok. 12 minut od straty gola, Wisła przeważa, ale Peškovič broni uderzenia głową (wszak gramy na wrzutki) Żurawia, a chwilę później Stolarczyka, zaś uderzenie z dystansu Cantoro jest niecelne. Na koniec tego fragmentu gry uderzał jeszcze Baszczyński, lot piłki zmienił jeszcze Franek, ale piłka minęła bramkę gości.

To nie był koniec emocji w I połowie. W doliczonym czasie gry gola zdobyła Pogoń, tyle tylko, że jej strzelec, nie kto inny jak Milar, był na spalonym. Natychmiastowa jest jednak odpowiedź Wisły, a jej autorem Kuba Błaszczykowski, który wpadł w pole karne, mijając kilku rywali, wycofał do Franka, jednak tego - w ostatniej chwili - ubiegł obrońca.

Do przerwy jest więc 0:1.

Kto spodziewał się huraganowych ataków Wisły, po przerwie, srogo się zawiódł. Nasza gra wcale nie była lepsza, zmieniła się za to taktyka Pogoni, która cofnęła się jeszcze głębiej, co było jednak ich zgubą. Gdyby więcej atakowali, tak jak w I połowie, kto wie jak zakończyłby się ten mecz...

Rozpoczęło się od niecelnego uderzenia z dystansu Mijailovicia, który zastąpił... na pewno wyróżniającego się w I połowie Stolarczyka.

W 52. min. ładnie, choć minimalnie niecelnie, strzela z wolnego Żuraw. Pięć minut później z dystansu próbuje Zieńczuk, ale piłka leci nad poprzeczką. W 59. min. lekka konsternacja, gdyż za Baszczyńskiego wchodzi Vidlička, a zachowanie zdenerwowanego Baszcza, który ani myślał opuścić murawę mówi jak bardzo... zgadza się on z obecnym szkoleniowcem... 65. min. to świetna okazja Wisły, jednak po swoim uderzeniu głową (dalej wrzutki), Tomek Frankowski tylko się za nią złapał. Mogło być 1:1.

W 71. min. w pole karne wpadł z piłką Cantoro, próbował strzelać, ale w bramkę nie trafił, gdyby dogrywał na środek, sam przed nią był Franek...

Kolejna decydująca o przebiegu meczu minuta, to 75. Mauro Cantoro atakowany jest ostro przez Divecký'ego, próbuje się uwolnić, robi ruch ręką (to na pewno), tylko czy rzeczywiście trafił rywala w twarz? Czy też piłkarz Pogoni symulował? Sędzia nie ma wątpliwości i pokazuje Argentyńczykowi - od razu - czerwoną kartkę... Divecký ogląda żółtą, a że jest to jego drugi taki kartonik, więc i on schodzi do szatni. Obydwie drużyny grają więc po "10".

76. min. - schodzący z boiska Milar... rozbiera się już na nim, ściągając ochraniacze (a dokładniej: rzucając nimi o murawę)... ogląda żółtą kartkę, a wszyscy piłkarze spotykają się przy linii bocznej, także trenerzy i osoby z ławek, trwa bowiem solidna przepychanka!

Mamy samą końcówkę meczu, Wisła nadal gra bez pomysłu na rozmontowanie obrony rywala, w końcu jednak udaje się to Frankowi. Jest 89. min., z lewej strony dośrodkowuje Marek Zieńczuk, piłka mija obrońców, ale nie mija Tomasza Frankowskiego, który głową uderza skutecznie i jest 1:1.

Do końca próbuje Wisła, ale tak cały mecz, jak i końcówka, po prostu nam nie wychodzi. Kończy się więc niespodziewanym remisem, naszym czwartym z rzędu!

Wiele można byłoby jeszcze mówić o tym spotkaniu... Jako podsumowanie napiszę jedynie, że już drugi mecz z rzędu bardzo kontrowersyjnie, na naszą niekorzyść, prezentują się sędziowie, którzy znów wypaczyli wynik meczu.

Nie zmienia to faktu, że Wisła gra bardzo słabo, i nie chodzi tutaj tylko o "widowiskowość".

Coś trzeba zmienić, tylko co?

Osobnym tematem jest gra Mauro Cantoro, który urósł do miana "boiskowego bandziora", samemu wymierzającego sprawiedliwość rywalom, tylko czy aby na pewno zasłużył na czerwoną kartkę? No i jak na to zareaguje WD PZPN? Podwójna recydywa, to nie brzmi najlepiej...

Ponadto trzeba przyznać, że mimo nerwowego spotkania, wiślaccy fani stanęli dzisiaj na wysokości zadania i poza obraźliwymi okrzykami w kierunku arbitra (i co za tym idzie PZPN-u - co oczywiste - od 26. min.), na stadionie było bardzo spokojnie. Tym bardziej, że mimo zapowiedzi, iż nie będzie kibiców ze Szczecina, na sektorze D pojawiła się flaga Pogoni ("Szczecin Ultras"). Przy odczytywaniu nazwisk piłkarzy Pogoni panowała cisza (na ogół słyszymy wtedy gwizdy). Do momentu błędu sędziego, który uznał nieprawidłowo zdobytą bramkę dla szczecinian, słychać było wyłącznie doping dla Wisły. Widowisko zepsuł jednak - swoją decyzją - arbiter i już do końca było nerwowo. Kibice Wisły świetnie dopingowali jednak swoją drużynę do samego końca. Obyło się bez bluzgów w kierunku rywali (choć ich gra na czas kwitowana była okrzykami "pajace"), nie było także obrażania innych drużyn...

Pierwszy raz też, od jesieni 2004 r., dało się z trybun usłyszeć znany wszystkim okrzyk: Henryk Kasperczak...

Cóż... On nadal jest na etacie w klubie...

Dodał: Piotr (2005-04-17 19:22:19)

Źródło:wislaportal.pl

Przekręceni na remis...

Niewiele brakowało, by znów sędzia głównym bohaterem meczu Wisły. Tym razem Tomasz Pacuda sprezentował Pogoni Szczecin bramkę, niesłusznie wyrzucił z boiska Mauro Cantoro i sprowokował awanturę między obiema drużynami. Dzięki golowi Tomasza Frankowskiego Wisła zremisowała 1:1.

Kibice Wisły zaprezentowali ładną oprawę na rozpoczęcie spotkania. Z szarf stworzono efektowny napis Super Wisła, w którego środku pojawiła się najpierw "Biała Gwiazda" a później skrót "TS". Na sektorze D zawisła niewielka flaga kilkunastu fanów "Portowców" obecnych w Krakowie.

Skład Wisły praktycznie nie odbiegał od optymalnego. Do środka pomocy powrócił Mauro Cantoro, partnerujący Sobolewskiemu, na lewej obronie zgodnie z zapowiedziami pojawił się Maciej Stolarczyk. Niestety, gra gospodarzy od początku znacznie odbiegała od optimum.

Pierwszy strzał w światło bramki wiślacy oddali dopiero w 34 minucie. Dośrodkowywał z lewej strony Marek Zieńczuk, a z dość bliska uderzał głową Maciej Żurawski. Piłkę efektownie na róg wybił Boris Pesković, a po chwili znów był w opałach, po minimalnie niecelnym uderzeniu głową Macieja Stolarczyka.

Sytuacje te miały już miejsce przy stanie 1:0 dla Pogoni. Portowcy odważną grą może zasłużyli na bramkę, ale smutne iż sprezentował ją im arbiter. Pan Tomasz Pacuda z Częstochowy nie chciał zauważyć ewidentnej ręki szczęśliwego strzelca Claudio Milara. Urugwajczyk otrzymał podanie z głębi pola od Grzegorza Matlaka, piłkę wybijał mu Tomasz Kłos, ta trafiła w rękę Milara, który skorzystał z prezentu i mocnym strzałem pokonał Majdana.

Cały stadion widział zagranie napastnika Pogoni tylko nie sędzia. Nic dziwnego, że posypały się bluzgi na PZPN i prowadzącego spotkanie Pacudę. Pamiętający zadziwiające błędy arbitra w bramkowych sytuacjach meczu z Wisłą Płock zaczynają doszukiwać się małego spisku...

Inna sprawa, że dyspozycja Wisły jest daleka od oczekiwanej. Drużyna ma duże kłopoty z przetrzymaniem piłki i rozegraniem jej. Szczecinianie mieli w pierwszej połowie kilka sytuacji, jak w 12 minucie, gdy zaspała obrona Wisły, a Milar strzelił głowa w boczną siatkę. Niecelnie próbowali też Kaźmierczak (18 minuta) czy Divecky (32). W ostatniej minucie pierwszej połowy padł drugi, tym razem słusznie nieuznany gol dla Pogoni, ponieważ na torze lotu piłki po strzale Grzelaka stał Milar, znajdujący się na pozycji spalonej. Wisła poza wspomnianymi strzałami Żurawskiego i Stolarczyka oraz niecelną próbą Baszczyńskiego z 18 metrów (38 minuta) nie zagroziła poważnie bramce Pogoni.

Na drugą część trener Liczka wprowadził Nikolę Mijailovicia w zamian za Maćka Stolarczyka. Obraz gry poprawił się na korzyść Wisły, głównie za sprawą defensywnej taktyki gości, umiejętnie broniących rezultat. "Biała Gwiazda" miała spore trudności z przedostawaniem się pod bramkę rywala, można było jednak liczyć na względny spokój na własnym polu karnym.

W 52 minucie groźnie z rzutu wolnego nad bramką Pogoni strzelał Żurawski, również niecelna była próba Marka Zieńczuka sprzed pola karnego pięć minut później. Trener dokonywał kolejnych zmian: Vidliczka za Baszczyńskiego i Brożek za Błaszczykowskiego chcąc. Dobrze bronił Pesković (jak w 63 minucie gdy groźną centrę wybił na róg), czasem też pomagało mu szczęście, gdyż Tomasz Frankowski zwykł wykorzystywać uderzenia głową z kilku metrów jak to w 65 minucie.

Strzał w 71 minucie Mauro Cantoro również nie znalazł drogi do siatki Pogoni a już cztery minuty później Argentyńczyk musiał opuścić boisko, ponieważ sędzia dopatrzył się celowego uderzenia Divecky'ego przez zawodnika Wisły. Kartkę żółtą (drugą) otrzymał też prowodyr - Divecky i oba zespoły kończyły w "dziesiątkę". Na boisku zrobiło się więcej miejsca, co preferowało ofensywniej grającą Wisłę, marne to jednak pocieszenie dla Mauro Cantoro, który za uprzedzenia arbitra odcierpi teraz pauzą przynajmniej w meczu w Łęcznej.

Gdy wydawało się że kolejne centry i strzały nie przyniosą rezultatu wreszcie udało się. W 89 minucie z lewej strony dośrodkował Marek Zieńczuk, a wbiegający Tomasz Frankowski idealnie złożył się do strzału pakując piłkę głową w lewy róg bramki - ten z którego właśnie uciekał Pesković. Na zdobycie zwycięskiej bramki czasu już nie starczyło, również dzięki mądrej obronie Pogoni.

Ciężko być zadowolonym po słabym meczu w wykonaniu Wisły. Część kibiców zamanifestowała swoje niezadowolenie z postawy drużyny, skandując "Henryk Kasperczak". Zobaczymy co team Liczki pokaże już za trzy dni w Łęcznej. Po dwóch remisach, tylko przekonujące, zasłużone zwycięstwo może przymknąć usta krytykom.

(rav)

Źródło: wislakrakow.com

Konferencja pomeczowa

Trener Werner Liczka zapytany o postawę arbitra w dzisiejszym meczu odpowiedział: - Nie jestem pewien czy dobre jest, gdy trenerzy, fachowcy nie mogą oceniać arbitrów. I w Płocku, i dzisiaj postać arbitra nie jest na poziomie jaki ma być w ekstraklasie.

Bohumil Panik (trener Pogoni):

- Cieszę się z tego punktu, ponieważ mistrz był dla nas wymagający. Nasza drużyna dostosowała się do drużyny mistrzowskiej. Cieszę się z wyrównanej walki w powietrzu z Kłosem i innymi dobrze główkującymi piłkarzami Wisły. W końcówce straciliśmy bramkę na 1:1, ale Wisła miała wcześniej sytuacje. Wynik jest odzwierciedleniem tego co działo się na boisku. Na temat sędziów nie wypowiadam się.

Werner Liczka:

- Z naszej strony mecz bardzo nieudany. Wiedziałem że czeka nas ciężki mecz, Pogoń ma dobrze poukładany zespół w defensywie, dobrze zorganizowany. Naszym celem było rozbicie tego bloku. Pierwsze 25 minut bardzo nieudane. Brakowało ruchu z piłką i bez oraz elementu zaskoczenia. Początek miał być dla nas bardzo ważny. Po utracie bramki trzeba było włożyć jeszcze więcej siły w atak, rozbijanie zagęszczonego środka pola. Nie można być zadowolonym z tylko jednego punktu. Sposób gry był z naszej strony nieudany. nie tworzyliśmy zespołu.

Czy Wisła gra brzydko i archaicznie? To był nieudany mecz i brzydki, nie wiem czy archaiczny. Również nie jestem zadowolony z tego co zespół zaprezentował.

Co do zmiany Vidliczki na Baszczyńskiego - trzeba było grać bocznymi przestrzeniami, a bez wsparcia skrannych obrońców było to niemożliwe. Stąd wpuszczenie zawodników świeżych za bocznych obrońców i wpuszczenie Mijailovicia i Vidliczki. Zarówno Baszczyński i Stolarczyk mieli żółte kartki, ale nie było to powód zmian - mógłbym to wziąć za alibi. Ocena sędziów? Nie jestem pewien czy dobre jest, gdy trenerzy, fachowcy nie mogą oceniać arbitrów. I w Płocku, i dzisiaj postać arbitra nie była na poziomie jaki powinien być w ekstraklasie.

Kto wystąpi za Mauro w następnych meczach... nie mam wielkiego wyboru. Raczej sięgnę po Martinsa Ekwueme. Oglądałem wczoraj Kwieka - prezentował się bardzo źle. To prawda, że zastanawiałem się nad cofnięciem Żurawskiego do środka pola na stałe. On jednak jest napastnikiem od wielu lat, jest przyzwyczajony do operowania w pewnych sektorach gry.

Lepiej analizować jeden mecz i przygotowować się do następnych. Na każdy mecz wpływ ma wiele czynników. Nie szukajmy passy gorszej czy lepszej.

Najlepszy wiślak w meczu z Pogonią - Radosław Sobolewski

- Po prostu dziś zagraliśmy słabszy mecz. - powiedział najlepszy w szeregach „Białej Gwiazdy” Radosław Sobolewski. - Widzieliśmy czego spodziewać się po grze Pogoni, ale mimo wszystko daliśmy się zaskoczyć - dodał popularny „Sobol”.

Sobolewski jednak nie rozdzierał szat z powodu kolejnej straty punktów. - Mówi się trudno, trzeba dalej trenować i doskonalić swoje umiejętności. Defensywny pomocnik „Białej Gwiazdy” zgodził się, że gra wiślaków nie wyglądała najlepiej. - Przez pierwsze dwadzieścia pięć minut faktycznie wyglądało to kiepsko, ale ostatecznie udało się zdobyć gola i wywalczyć choćby punkt. .

„Sobol” był zaskoczony zdobyciem gola przez gości po dość prostym błędzie. - Takie straty, jak ta przy golu Milara nie powinny nam się przytrafiać - lakonicznie skomentował.

Źródło: wislakrakow.com

Analiza meczu z Pogonią Szczecin

Nie tego wszyscy się spodziewaliśmy. Miało być coraz lepiej, komplet punktów, rehabilitacja za mecz w Płocku, sukcesywna poprawa poszczególnych elementów gry, dalszy rozwój dawnej siły zespołu. Tymczasem jest coraz gorzej. Jakość gry Wisły wciąż wygląda dramatycznie słabo, punkty zaczynają seryjnie uciekać, na trybunach i boisku królują nerwy, bezradność, niedowierzanie i przerażenie.

Wisła gra źle, wolno, apatycznie, bez pomysłu. Ma ogromne problemy z prawidłowym wykonaniem najprostszych elementów, atakuje czytelnie. Zupełnie zagubiliśmy gdzieś dawny polot i różnorodność w ofensywie, a defensywa wbrew szumnym zapowiedziom Liczki absolutnie nie zyskała na jakości. Proste błędy w ustawieniu, kryciu, powrocie, asekuracji są chlebem powszednim do tego stopnia, że nawet sporadycznie atakująca środkiem Pogoń, nastawiona wyłącznie na dwójkowe (!) akcje pary Milar-Divecky, mogła skutecznie zagrozić naszemu zespołowi. Ledwie dwóch zawodników, przy użyciu siermiężnych i często nieprzepisowych rozwiązań (Pogoń tylko kontrowała, nie stosowała akcji oskrzydlających, prostopadłych podań, groźnych strzałów z dystansu, dynamicznych ataków kombinacyjnych, szybkiego rozegrania, czyli niczego naprawdę nowoczesnego i groźnego) do których tradycyjnie przeciwko Wiśle dopuścił stronniczy sędzia (dzięki naszej fatalnej postawie arbitrzy teraz wreszcie maja pole do popisu i mogą wpływać na wyniki, z czego oczywiście skwapliwie korzystają ku chwale konkurencji) pozbawiło wszystkich jakichkolwiek złudzeń odnośnie solidności krakowskiej defensywy. W dodatku głośne przedmeczowe „sztuczki Liczki” - dla których nawet zamknął piątkowy trening - okazały się jakąś koszmarną farsą, albo niesmacznym żartem, bo w postawie Wisły nie było ani jednego nowego i pozytywnego rozwiązania, – chyba, że za takie czeski trener „Białej Gwiazdy” uważa rozegranie rzutu wolnego w pierwszej połowie, zakończonego pięknym podaniem na nogę do Magdonia.

Największe negatywy

a). Zacznę jak zwykle od Gry bez piłki . Raz wtóry wyglądała tragicznie, nie widać żadnych, nawet najmniejszych symptomów poprawy. Jak brakowało aktywnego wychodzenia na pozycję, tak brakuje, jak nie było prowokowania podań, tak nie ma, jak mieliśmy posuchę w jednoczesnych reakcjach kilku zawodników, tak mamy, jak dominowało czekanie na decyzję kolegi i dopiero wtedy ruszenie się, tak dominuje. Wyliczać można jeszcze długo. Wciąż żył tylko jeden sektor boiska, angażujący maksimum 2-3 zawodników. Wiślacy nie przesuwali w dobrym rytmie, nie ściągali krycia kolegom, nie wbiegali na szybkości w strefę obronną rywali. Byli więc wolni i czytelni, zagubieni i chaotyczni. Widać, że nowa taktyka Liczki albo jest źle dopracowana, albo po prostu dziurawa i wadliwa, bo nie wiedzą jak się ustawiać w danej sytuacji, kto ma doskoczyć, a kto asekurować, jak się płynnie przemieszczać. Pokazała to bramka dla Pogoni, kiedy po ofensywnym wyjściu „Baszcza” prawa strona została zupełnie odkryta i bez asekuracji. Jeśli inne metody zawodzą, czy naprawdę nie można rozpisać piłkarzom na zajęciach taktycznych, ze gdy np.: Kłos wyprowadza piłkę środkiem, to Żuraw rusza tu i tu, Baszczyński przesuwa się tam i tam, Sobolewski zaczyna biec w określone planem miejsce, Franek wchodzi dynamicznie między stoperów, jak rusza lewą stroną Stolarczyk tak samo, ułożyć warianty zachowań jak Sobolewski przejmuje futbolowkę, jak Cantoro ją dostaje w rejonie 35-50 metra od bramki rywali itd., itp. – kombinacji i możliwości jest mnóstwo. Widać dla Liczki za wiele, bo Wisła obecnie nie ma opanowanego żadnego (!).

b) Krycie i pressing . To pierwsze było bierne i zbyt odległe od rywali, a drugie w ogóle nie istniało. Przez długi czas nie odbieraliśmy piłek na połowie rywali, nie wymuszaliśmy ich błędów, nie „siedzieliśmy” na przeciwnikach – gdyby było inaczej, przy marnym wyszkoleniu indywidualnym polskich ligowców gole błyskawicznie posypałby się.

c) Postawa drugiej linii . Pomoc po raz kolejny była najsłabszą formacją Wisły. Nie dawała dobrych piłek napastnikom, bardzo rzadko gubiła krycie, nie rozgrywała w dobrym rytmie. Błaszczykowski jest zdecydowanie za słaby na kreatywne i skuteczne zagrania, tworzące przy czujnej obronie okazje kolegom, Cantoro z Sobolewskim są piłkarzami defensywnymi, a Zieńczuk w pojedynkę nie da rady unieść całego ciężaru konstrukcji – szczególnie, że słabo walczy 1 na 1..

d) Ruchliwość . Pozostawała wiele do życzenia, piłkarze poza Zieńczukiem (w niektórych momentach) głownie stali, nie biegali. Warto jednak zauważyć, że jeśli nie ma planu, jak biegać by pomagać, a nie szkodzić drużynie błędami w ustawieniu - i nie ma pomysłu, a jest tylko chaos - to trudno tu wymagać cudów.

e) „Przespane” pierwsze 20 minut Przypominało najgorsze momenty spotkania z Dinamo Tbilisi, gdzie koncentracja istniała tylko w przedmeczowych zapowiedziach, a królowała nonszalancja i lekceważenie.

f) Gra stoperów . Zupełnie nie wchodzili środkiem, tworzyli znów linię bierną, nie radzili sobie z napastnikami Pogoni. Głowacki raz wtóry odznaczał się bardziej ostrą grą, niż dawną pewnością interwencji. Tu mocno dziwi też pomysł wykorzystania Kłosa do dośrodkowań z wolnych, zamiast użycia go w polu karnym rywala – gra przecież głową najlepiej ze wszystkich Wiślaków. Jeśli to ma być kolejna „sztuczka Liczki”, to można z goryczą zażartować, że nasz trener ma wyjątkowy talent do trwonienia naturalnych predyspozycji zawodników i popełniania sportowego harakiri.

g) Postawa Brożka . Ile jeszcze razy nas rozczaruje? To ma być zawodnik naiwnie kreowany zimą na „drugiego Żurawskiego”? Jest kompletnie bezproduktywny, nie zanotował żadnego strzału, celnego i dynamizującego akcje podania, ani razu nie zgubił krycia. Spisuje się słabiutko, nic nie wnosząc do gry zespołu.

h) Tempo gry . Było bardzo wolne, nie dające szans na zgubienie krycia Pogoni i rozegrania piłki w takim rytmie, za którym goście nie mogliby nadążyć

i) Dużo niedokładności i niewymuszonych strat . Gdyby wielcy bogacze sponsorowali działalność charytatywną tak często i regularnie, jak często Wiślacy popisywali się wczoraj nieudanymi podaniami - albo zbyt krótkimi, albo zbyt lekkimi, za mocnymi, nieprecyzyjnymi, nie w tempo – oraz błędami w przyjmowaniu piłki i jej odgrywaniu, poziom biedy na świecie zmalałby drastycznie..

j). Nieudane pojedynki 1 na 1 . Znów bardzo ich brakowało, tylko raz ładnie szarpnął prawą stroną Błaszczykowski i natychmiast dzięki pasywnej postawie obrońców bojących się faulu zdołał wjechać w pole karne.

k). Przejście z ataku do obrony i na odwrót . Było jak wszystko bardzo wolne i chaotyczne.

l) Spóźnione reakcje i brak wypracowanych automatyzmów . Muszą zostać podkreślone osobnym punktem, zwłaszcza, że oddziaływały także na tempo podejmowania decyzji i pozwalały „portowcom” wyprzedzać naszych piłkarzy w dojściu do piłki.

ł). Brak groźnych strzałów z dystansu . Nawet gdy Wiślacy decydowali się na podobne uderzenia, piłka leciała wówczas albo daleko od bramki, albo w jej środek i ręce Peskovica.

m). Brak podań na 1-2 kontakty i gry kombinacyjnej . Bez nich nie sposób rozerwać skomasowanej obrony rywali, co dobrze pokazał niedzielny mecz.

n) Złe skracanie pola gry . Najbardziej dotyczyło pary stoperów, ale i reszta piłkarzy niezbyt przejmowała się jego potrzebą, skracając dystans do rywali za wolno, niebezpiecznie rozciągając formacje.

o) Brak dobrego ataku pozycyjnego . Tu nasi piłkarze całkowicie zapomnieli, czego nauczyli się w poprzednich latach. Ale czyż można się dziwić, skoro jeszcze kilka dni temu obowiązywała koncepcja Liczki, że Wiśle jest niepotrzebny? Bo drużyny Czecha stosują inny system i styl... Liczka przypomniał sobie nagle o ataku pozycyjnym dopiero kilkadziesiąt godzin przed meczem z Pogonią, awansując go dziwnym zrządzeniem losu z kategorii „niepotrzebnego” do „stosowanego”. Komedia? Nie, zwykła sprawa u tego niezwykłego trenera i „sztukmistrza taktyki”...

p). Mała liczba okazji bramkowych – W pierwszej połowie Wisła nie stworzyła sobie żadnej klarownej sytuacji bramkowej, oddając ledwie 2 celne strzały, a w drugiej nie było dużo lepiej. To zastraszająca statystyka.

r). Słabe angażowanie się napastników w defensywę . Kiepsko przeszkadzali rywalom w wyprowadzaniu piłki, nie naciskali ich odpowiednio.

s) Komunikacja . Było bardzo wiele momentów niezrozumienia między Wiślakami tak w podaniach, zajmowaniu pozycji, jak i przekazywaniu sobie rywali.

t). Skuteczność, zwłaszcza stałych fragmentów gry .

u). Rozciąganie gry – nie funkcjonowało należycie, mało było dokładnych i długich przerzutów ze strony na stronę, szybkiego przenoszenia ciężaru gry w inne sektory murawy.

w). Rozgrywanie Cantoro Mauro po raz kolejny potwierdził, że nie jest piłkarzem umiejącym odpowiednio prowadzić grę zespołu. Za długo holuje piłkę i zbyt czytelnie podaje. Jego predyspozycje są po prostu inne, nie można wymagać od sympatycznego i skrzywdzonego przez sędziego Argentyńczyka, by przejął rolę Szymkowiaka. Do niej trzeba latem sprowadzić nowego zawodnika, jeśli chcemy utrzymać przyzwoitą jakość rozegrania ze środka.

x). Brak ponawiania ataku na przeciwnika po stracie piłki – stara wada, która nadal jest niezwykle aktualna.

y) Nieskuteczne akcje oskrzydlające – tylko jedna próba była rozegrana w dobrym rytmie i przyniosła efekt bramkowy

. z)Brak celnych prostopadłych podań

ź)Nic nie wnoszące zmiany

Pozytywy

a). Gol Frankowskiego, ratujący remis w końcówce.

b). Częstsze niż zwykle za Liczki próby akcji oskrzydlających i wyprowadzania prostopadłych podań niestety jak już pisałem wcześniej zwykle mało skuteczne i źle przeprowadzane..

Trudno o znalezienie większej ilości pozytywów w jakości gry Wisły. Poważne zmiany są konieczne, bo mecz z Pogonią nie był jednostkową wpadką. Od samego początku wiosny jakość gry naszej drużyny wygląda dramatycznie słabo i nic tu nie ewoluuje w dobrą stronę. Na 6 rozegranych spotkań o stawkę (4 ligowe + 2 w PP), w aż pięciu „Biała Gwiazda” zaprezentowała się żenująco słabo. Tylko pucharowy mecz z Polonią na Reymonta wyglądał nieco bardziej przyzwoicie, ale obiektywnie mówiąc dużo większa w tym zasługa koszmarnej gry defensywnej rywali, niż utraconej zimą siły ofensywnej Wisły.

Należy zdać sobie sprawę, że jeśli ów stan utrzyma się nadal, mistrzostwo będzie zagrożone nawet mimo sporej punktowej przewagi. Ją można bardzo łatwo stracić, jeśli zabraknie odpowiedniej reakcji decydentów Wisły i przyznania się do popełnionych błędów. A kolejna ciężka próba już w środę. Jeszcze kilka tygodni temu nie do pomyślenia byłaby sytuacja, w której jadąc do Łęcznej będziemy drżeć o wynik, a patrząc pod kątem aktualnej dyspozycji Górnika i Wisły faworytem pojedynku będą... gospodarze. To najlepszy dowód na ogrom niekorzystnych zmian, które nastąpiły w klubie.

(Markus)

Źródło: wislakrakow.com

Komentarz pomeczowy

Mecz z Pogonią Szczecin był jednym z najsłabszych występów Wisły na własnym stadionie w ostatnich latach. Gra nie kleiła się, akcje rozgrywaliśmy zwykle w ślamazarnym tempie, mnożyły się nieudane zagrania. Mimo to zremisowaliśmy. Mogło być gorzej.

W całej rundzie wiosennej piłkarze Wisły nie rozpieszczają swoich kibiców. Właściwie tylko krakowski mecz z Polonią w Pucharze Polski oraz pierwsza połowa z Płocka mogły w miarę zadowolić. Mecze z Katowicami i ligowy z Polonią, a także druga połowa spotkania w Płocku, ukazywały oblicze Wisły, jakiego nie chcemy znać. Niedzielna potyczka z Pogonią była równie nieudana. Słabe występy są wodą na młyn dla zagorzałych przeciwników Wernera Lički. W osobie czeskiego szkoleniowca widzą oni bowiem sprawcę wszystkich nieszczęść. To niekompetencja Czecha ma przesądzać o tym, że z postrachu ligowych boisk staliśmy się zespołem co najwyżej na miarę czołówki przeciętnej polskiej ligi, ciągle kadrowo mocnym, ale stylem gry równającym w dół w zastraszającym tempie. Nie ulega wątpliwości, że trudno póki co znajdować pozytywy pracy Lički - jeśli jej jakość mierzyć sposobem gry Wisły. Z drugiej strony, uznanie, że wszystkiemu winny jest trener, znacznie upraszcza sprawę i nie oddaje zarazem złożoności problemu. W meczu z Pogonią było to widać bardzo wyraźnie. Niezależnie bowiem od tego, jakim trenerem jest Czech, nic nie zwalnia naszych piłkarzy z obowiązku poważnego podchodzenia do swoich obowiązków, a niedzielna potyczka była kolejną, w której przez długi czas ustępowaliśmy rywalom ruchliwością i walecznością. Mamy bardzo dobrych, jak na Polskę, piłkarzy, ale nie na tyle dobrych, aby byli w stanie wygrać na stojąco z nieźle grającym rywalem. Oczywiście, można powiedzieć, że i temu winny jest trener, który nie potrafi zmusić do wysiłku swe gwiazdy. Warto jednak wspomnieć liczne mecze za kadencji Henryka Kasperczaka, niewątpliwie znacznie bardziej charyzmatycznego szkoleniowca, w czasie których pomstowaliśmy na statyczność i „tumiwisizm” wielu wiślaków. Dość przywołać spotkania z KSZO i Pogonią sprzed 2 lat, czy zeszłoroczne boje ze Świtem i z Polkowicami – wszystkie wygrane po wielkich męczarniach. Niestety, brak mobilizacji na słabeuszy zdarza nam się za często, niezależnie od trenera. Czasem nawet udaje się takie „odpuszczone” mecze wygrać. Nie zawsze jednak sprzyja nam szczęście. Minimalizm potrafi być surowo ukarany (o czym najboleśniej przekonaliśmy się w pucharach jesienią 2003 i jesienią 2004). W dodatku od pierwszego mistrzowskiego sezonu Wisły z czasów TF, daje się zauważyć dziwna prawidłowość, że im większą mamy przewagę po rundzie jesiennej, tym gorzej gramy wiosną. Wyjątkiem od reguły była wiosna 2004, ale wówczas po piętach deptała nam Legia. Dlatego zespół musiał wygrywać w każdej kolejce i tę mobilizację zwykle widzieliśmy, mimo, że czasem zwycięstwa rodziły się w bólach (Świt, Polkowice, Amica). Wiosną 2005 rywale nie naciskają, tracą nawet więcej punktów niż my. Dla nieco zmanierowanych naszych gwiazd, nie jest to impuls do należytego wysiłku, co sami czasem przyznają. Tak więc obiektywnie gorsza forma daje, w połączeniu ze zbytnią nonszalancją, wyjątkowo złe rezultaty. Owa nonszalancja przejawia się nie tylko w statycznej grze, ale także w licznych prostych błędach: choćby takich jak kompromitująca strata Marka Zieńczuka, która stworzyła Pogoni szansę na szybką kontrę i w konsekwencji dała portowcom bramkę. Nie tylko nasz lewy pomocnik popełniał takie błędy w niedzielę, ale jako najbardziej doniosłą w skutkach wpadkę trzeba ją wspomnieć. Wiślacy niby wiedzą, że na stojąco nie wygrają, ale na boisku tego nie pokazują i dopiero, gdy sami wpędzą się w tarapaty albo, gdy w te tarapaty wpędzi ich fatalny sędzia, zaczynają grać z należytym zaangażowaniem. Wtedy nie czują się już jednak tak pewni siebie i nerwowość, która wkrada się do ich gry, zwiększa chaos. Trudno w takich okolicznościach o składną, atrakcyjną grę… Tym bardziej, że najwyraźniej nie służy jej też nowa taktyka, przynajmniej na obecnym etapie jej wprowadzania.

Trudno powiedzieć, jaką taktykę ustalił Lička na mecz z Pogonią, ale nie ulega wątpliwości, że nie została ona dobrze zrealizowana. Rodzi się pytanie, czy to czeski szkoleniowiec nie potrafi przekazać swych myśli piłkarzom, czy też może to oni nie są gotowi na rewolucyjne przeobrażenie sposobu gry, niosąc za sobą bagaż złych doświadczeń lat przyzwyczajenia do gry mało odpowiedzialnej i zdeterminowanej dużą przewagą nad konkurencją na krajowym podwórku. W 2004 r. zachwycaliśmy się często ofensywnym sposobem gry Wisły w lidze, ale klęski w europejskich pucharach nie pozwalały realistom zapomnieć, że pod względem organizacji gry, zwłaszcza defensywnej, mamy duże braki, których wyeliminowanie jest koniecznie, jeśli liczymy na przerwanie fatalnej passy kompromitacji w Pucharze UEFA. Lička podjął się trudnego zadania, bowiem musiał uczyć zachowań, które w efektownej i podporządkowanej atakowi taktyce trenera Henryka Kasperczaka były na dalszym planie. Zarazem istniało od początku ryzyko rozregulowania sprawnie działającego w ofensywie mechanizmu, zwłaszcza, że z odejściem Mirosława Szymkowiaka straciliśmy jedno z kluczowych ogniw starego systemu - jak się teraz coraz częściej mówi - kluczowe. Lička podjął wyzwanie i z tego należy go rozliczyć. Ale jeszcze nie teraz. Póki co trudno o optymizm, ale oczywistym jest, że gruntowne zmiany wymagają czasu nim dadzą zamierzone efekty. Duża przewaga w tabeli powoduje, że jeśli jest moment, by gruntownie reformować schemat gry, to właśnie teraz. Sprawa się komplikuje, gdy trzeba odpowiedzieć na pytanie, czy gotowi jesteśmy przejść przez taki okres przejściowy, w czasie którego zespół bardzo obniża loty. Sądząc z licznych komentarzy kibiców, mało kto zachowuje cierpliwość, zwłaszcza, że nie ma gwarancji, iż pomysły Lički w ogóle wypalą. Może się okazać, że zburzony stary system gry, który w lidze święcił triumfy a w pucharach kompletnie zawodził, zastąpi nowy: nieefektywny i nieefektowny na obu polach. Mimo wszystko jednak, warto zachować więcej wstrzemięźliwości. Niepokój i krytycyzm całkowicie nam wystarczą; panika i krytykanctwo możemy śmiało sobie darować. Niektóre histeryczne reakcje na dwa remisy dobitnie wykazują, jak bardzo byliśmy rozpieszczeni skuteczną i ładną grą. A niestety nie ma zespołu na świecie, który zawsze wygrywa i zawsze gra ładnie. Wystarczy śledzić ligi zachodnie i poczynania potentatów klubowej piłki, aby nabrać nieco pokory i stawiać Wiśle racjonalne wymagania. Te na teraz to lepsza postawa w najbliższych meczach, większa mobilizacja i waleczność. Miejmy nadzieję, że po okresie przejściowym, nastaną lepsze czasy. Jeśli nie, wtedy przyjdzie pora na rozliczenie, i trenera, i piłkarzy. Póki co nerwowa atmosfera nikomu nie służy. Warto by kibice wsparli w trudnych chwilach swój zespół, a nie marnowali energii wyłącznie na rozdzieranie szat i pełne egzaltacji wysyłanie obecnego szkoleniowca byle dalej od Krakowa. Nie pierwszy to trudny okres Wisły za TF. Przyznam szczerze, że bardziej niż remisy z Płockiem i z Pogonią, uzyskane w słabym stylu, ale przy wielopunktowej przewadze, bolały mnie klęska z Legią 2 lata temu czy porażka z Amicą. O Valerendze i Tbilisi nie wspominając. Po tych dotkliwych niepowodzeniach, zespół potrafił się odrodzić. Wierzę, że nie inaczej będzie i tym razem.

Źródło:wislaportal.pl


Galeria kibicowska: