1936.05.03 Warszawianka - Wisła Kraków 1:1

Z Historia Wisły

1936.05.03, I Liga, 4. kolejka, Warszawa, Stadion Warszawianki,
Warszawianka 1:1 (1:0) Wisła Kraków
widzów: 4.000
sędzia: Kazimierz Wardęszkiewicz z Łodzi
Bramki

Korngold 68'
0:1
1:1
24' Artur Woźniak

Warszawianka
2-3-5
Rudnicki
Zwierz Grafika:zmiana.PNG (Joksz)
Gwoździński
Sochan
Sroczyński
Metternich
Pirych
Knioła
Smoczek
Joksz Grafika:zmiana.PNG (Zwierz)
Korngold.

trenera:
Wisła Kraków
2-3-5
Edward Madejski
Władysław Szumilas
Stanisław Szczepanik
Józef Kotlarczyk
Jan Kotlarczyk
Mieczysław Jezierski
Bolesław Habowski
Henryk Kopeć
Artur Woźniak
Kazimierz Sołtysik grafika:kontuzja.png
Antoni Łyko

trenera: brak

O Wiśle Kraków czytaj także w oficjalnym serwisie Przeglądu Sportowego - Sports.pl


Relacje prasowe

Przegląd Sportowy numer 38/1936 strona 2


Wisła traci pierwszy punkt
chociaż góruje o klasę nad Warszawianką


Warszawa, 3.5. Wisła - Warszawianka 1:1 (1:0). Bramkę dla Wisły zdobył: Artur, dla Warszawianki: Komgold. Sędzia p. Wardęszkiewicz z Łodzi.

Wisła: Madejski; Szumilas, Szczepanik; Kotlarczyk II, Kotlarczyk I, Jezierski; Habowski, Kopeć, Artur, Sołtysik, Łyko.

Warszawianka: Rudnicki; Zwierz (Joksz), Gwoździński; Sochan, Sroczyński, Metternich; Pirych, Knioła, Smoczek, Joksz (Zwierz), Korngold.

Warszawianka zabrała Wiśle jeden punkt. Wynik cyfrowy mówi jednak bardzo niewiele! Nie zdradza on przedewszystkiem różnicy sił, jaka zachodziła w niedzielę na boisku przy ul. Wawelskiej, gdzie zebrało się około 4.000 widzów.

Pod bramkę Wisły zapędziła się cała linia ataku Warszawianki. Tyłem stoi Knioła, nadbiega Smoczek, w baletowej pozie - Pirych. Na rezultat akcji patrzy pochylony, lecz dość spokojny, Kotlarczyk Jan.
Pod bramkę Wisły zapędziła się cała linia ataku Warszawianki. Tyłem stoi Knioła, nadbiega Smoczek, w baletowej pozie - Pirych. Na rezultat akcji patrzy pochylony, lecz dość spokojny, Kotlarczyk Jan.

Wisła zaprezentowała, jak na nasze stosunki i możliwości, bardzo dużo zalet, dystansując Warszawiankę na całej linji. Każdy gracz krakowski panował doskonale nad piłką, był szybki, zwrotny i elastyczny myślowo. Z tych elementów zrodziła się też gra wybitnie zespołowa, która, szczególnie po przerwie, przybrała wysoki poziom, podniecając obcą widownię do głośnych owacyj.

Z przyjemnością oglądało się płynne akcje wiślaków, które powstawały jakby same z siebie. Piłka szła zawsze tam, gdzie znajdował się gracz, a każdy zawodnik w porę zajmował pozycję, na którą... powinna była zawędrować piłka. Czerwone koszulki były ustawicznie w ruchu. Nikt nie czekał bezczynnie, nikt się nie oszczędzał, przychodzono sobie wzajemnie w sukurs, bez cienia egoizmu, bez drobiazgowych ambicyjek. Dzięki temu też, mimo kilku wybitniejszych jednostek, drużyna czyniła wrażenie doskonale wybalansowanego, jednolitego organizmu - co jest ostatecznie celem każdego sporu zespołowego.

Niestety w parze z pokazem w polu nie szły sukcesy pod bramką. Trudno przytem piowiedzieć, by grano nieproduktywnie. Akcje były naogół obliczone na zdobycie terenu; operowano "zmianami" z prostopadłemi podaniami, wypuszczano zręcznie szybkie skrzydła i zgrabnemi zwodami otwierano sobie drogę do sanctuarium przeciwnika. Niestety, w ostatniej chwili zawsze jeszcze weszła w drogę jakaś noga warszawianina, psując efekt całej misternej roboty.

Pozatem Wisła miała pecha.

Zaczęła grać przeciw wiatrowi, co dla wykwalifikowanych rutyniarzy było hasłem do umiarkowanego szafowania siłami. Pierwszy okres był więc, gdy chodzi o ofenzywę, do pewnego stopnia stracony, baczono bowiem pilnie, by nie angażować zbyt energicznie sił ofenzywie, starając się raczej przetrzymywać [brak tekstu] dogodniejszych [brak tekstu] zdobyła w tym czasie była też dziełem solowem Artura i... Gwoździńskiego ze współudziałem Rudnickiego.

Po zmianie pól dano wprawdzie pełny upust temperamentowi, degradując Warszawiankę do dość niewdzięcznej roli, jednak 45 minut przewagi nie starczyło na zadokumentowanie jej cyframi, a nawet jakby dla ironji z przypadkowej akcji padło wyrównanie. Podkreślić należy jeszcze, że goście, mając przeciw sobie wiatr, stosowali, zupełnie słusznie, prawie wyłącznie podanie przyziemne, później natomiast wykazali niemniejszą wprawę w grze półgórą, która była tembardziej na miejscu, że wiatr znacznie się uciszył.

Wybitna dwójka.

W ataku Wisły wyróżnić należy dwu graczy: Artura i Łykę. Obydwaj technicznie i kondycyjnie na dobrym poziomie. Artur jest motorem wszelkich akcyj ze środka. Łyko na flance umie nie tylko doskonale uciec i podać piłkę z biegu, ale sam też po nią chętnie wraca do tyłu. Gracz ten zasługuje stanowczo na uwagę kapitana związkowego. Na dalszem miejscu postawilibyśmy Habowskiego. Szczerze mówiąc łącznicy wypadli lepiej, niż oczekiwaliśmy na podstawie różnych relacyj. Cały kwintet był dobrze zgrany i rozumiał się "na ślepo".

W dalszych linjach.

Pomoc spełniła swe zadanie całkowicie dopiero po przerwie. W pierwszych 45-tu minutach były też momenty wahania. W sumie trudno wydać o niej decydującą opinję, gdy się ma na oku beznadziejnie słabe wyczyny ataku Warszawianki.

Obrońcy ustawiali się rozumnie w gorących momentach nie tracili spokoju, umieli wybijać piłkę i wykopać ją do przodu. Madejski w bramce obronił w ładnym stylu kilka dalekich ostrych strzałów. Bomby Korngolda nie mógł unieszkodliwić.

Po przeciwnej stronie.

Na tle tak grającej Wisły wypadła Warszawianka - prymitywnie. Niewiele zostało z osławionej szybkości i energji, przy ruchliwym i technicznie znacznie wyżej zaawansowanym przeciwniku. Piłka rzadko kiedy trzymała się należycie nogi, zwrot czy start wykonywano o dziesiątą sekundy zapóźno, nie mówiąc już o passingach, które były przeważnie skandalicznie niedokładne. Akcje złożone z trzech bezpośrednich ciągów należały do rzadkości, zwykle rwały się już na drugim graczu.

Wzajemne pretensje pomocy i napadu były zupełnie - uzasadnione. Pomoc ze Sroczyńskim na czele waliła każdą piłkę bez opamiętania naprzód, ataki dorwawszy się do niej niebardzo wiedział co robić i jeszcze szybciej ją tracił.

Trójka środkowa grała poprostu skandalicznie. Smoczek nie dawał sobie rady ani w akcji indywidualnej, ani też w roli kierownika napadu. Jego winą było forsowanie przed pauzą dalekich górnych podań, które wiatr przeważnie wypaczał. Joksz był ciężki, to też lepiej czuł się w obronie. Knioła zapomniał o istnieniu prawej strony, przed pauzą obsługiwał ją conajwyżej "bombami", godnemi obrońcy, a po przerwie w zupełności ingorował. Pirych robił przynajmniej zamieszanie i był właściwym inicjatorem bramki. Korngold miał kilka nieźle pomyślanych, gorzej jednak wykonanych zagrań, ostatecznie zrehabilitował się pięknym ostrym strzałem, który iratiwał przynajmniej jeden punkt.

W obronie Gwóździński wyróżniał się grą "z zamkniętemi oczyma". Myślał tylko o możliwie najszybszem odbiciu piłki, nie licząc się zupełnie z sytuacją. Przy nieco większej przytomności, nie doprowadziłby do błędu, który kosztował bramkę. Zwierz był spokojniejszy, chwilami zbyt flegmatyczny, to znów za wiele ryzykował. Przestawiony do ataku większej wartości nie reprezentował. Rudnicki spełnił swe zadanie, poza niezdecydowanym wybiegiem przy utracie bramki.

Gra w pierwszej połowie wyrównana z wzajemnemi atakami. Akcje naogół jednak mało ciekawe, zbyt krótkie. W 24-ej min. Gwoździński otrzymuje piłkę prosto pod nogę, zamiast - przez nikogo nie naciskany - odbić ją spokojnie, denerwuje się, przyśpiesza tempo i gubi ją między nogami. Artur jest natychmiast na miejscu, wyłuskuje ją podjeżdża i strzela obok niezdecydowanie wybiegającego bramkarza. Obustronne wysiłki nie dają rezultatu.

Po przerwie następuje 15 minutowa generalna ofenzywa Wisły. Przewaga gości utrzymuje się też z małemi przerwami niemal przez całą drugą połowę. Nieudolne ataki Warszawianki łatwo likwiduje pomoc względnie obrona. W 23-ej min. Pirych, otrzymawszy piłkę od Knioły, manewruje nią tak szczęśliwie, że w końcu udaje mu się oddać ją do środka. Ucieka ona spod nóg woim i obcym, aż dostaje się wreszcie do Korngolda, który ostrym strzałem pakuje ją do siatki. Wisła się nie deprymuje, dalej napiera i ma kilka dobrych sytuacyj, których jednak nie wyzyskuje. Zanotować wypada jeszcze kontuzję Sołtysika, co jednak bynajmniej nie osłabia sił witalnych krakowian.

Sędzia p. Wardęszkiewicz dobry z dopuszczalną ilością przeoczeń.

N.S.


źródło: http://buwcd.buw.uw.edu.pl/e_zbiory/ckcp/p_sportowy/1936/numer038/imagepages/image2.htm